niedziela, 30 grudnia 2012

wybuch

Więc zdecydowanie łagodna :)

Plan się powiódł. Wraz z Pablową wybrałyśmy się wczoraj do miasta na kawę, małe co-nieco do kawy i na .... zakupy. Oczywiście bardzo potrzebne ;) No i w końcu mogłam sobie pogadać tete-a-tete, bo takie rozmowy kobietom są przecież bardzo potrzebne.

Żeby Panom się nie nudziło, to do gromadki naszych Niesforków i Kuzynów dołączyła Pablówna z zamiarem pozostania u nas aż do wieczora dnia następnego, po to aby wrócić do domu wraz z naszą Średnią Niesforką, która od tygodni czeka na tę noc u Pablówny, którą kocha :)

Pablowie z dużą ufnością powierzają nam opiekę nad córcią, no i  Panowie spisali się doskonale, czego nie można powiedzieć o mnie, gdy dołączyłam się do akcji "opieka" z samego rana, gdyż to właśnie podczas niej, Pablówna powoduje wybuch... saszetki z płynem do prania, który zalewa jej włosy i drażni oczy. Ślady wybuchu sama próbowała zatrzeć myjąc twarz i oczy oraz wycierając rozlany płyn z miejsca zdarzenia, nic nikomu nie mówiąc.

Chociaż zdziwiły mnie jej dziwnie tłuste włosy i ciągnący się za nią niezwykle intensywny  zapach,  ale byłam przekonana, że to może jakieś dziecięce perfumki. Już nawet zastanawiałam się, czy jakaś choroba wraz z nią przyszła znowu do naszego domu, bo oczy się jej zaczerwieniły i zaczęły łzawić, ale że zapewniła mnie o swoim doskonałym samopoczuciu, więc zeznania przyjęłam jako wystarczające i nie panikowałam.

Dopiero dociekliwość Pablowej, która zadaje pytania we właściwy sobie sposób, aby szybko dojść do prawdy, zmusiła doprowadzonych świadków do ujawnienia kilku dodatkowych faktów i już po chwili cała historia była znana.

Jak to w życiu bywa, gdy coś się dzieje ze zdrowiem, należy skontaktować się z lekarzem lub farmaceutą, co też szybko uczyniliśmy i czekamy na dalszy rozwój wypadków.

Ciekawa też jestem, czy Pablowie powierzą nam pod opiekę jeszcze kiedyś swoją Latorośl :)

sobota, 29 grudnia 2012

wściekła czy łagodna

Jestem bliska temu, aby wystawić mnie na wystawę pt. "Wściekłe Mamuśki". Wściekłość ma powodowana jest głównie izolacją domową trwającą już ładnych kilka tygodni, z krótkimi wyjściami do sklepu i to przed Świętami. Całe szczęście, wygląda na to przynajmniej w warunkach domowych, że stan zdrowia Niesforków zdecydowanie się poprawił i od dzisiaj nastąpi ich wielkie hartowanie.

Najgorszy bowiem to jest ten czas, gdy już im lepiej, ale terapia lekowa jeszcze nie zakończona, odporność osłabiona, a energia, która ich rozsadza jest odwrotnie proporcjonalna do mojej, i która z minuty na minutę jakby ze mnie przechodziła na nich. Masakra.

Mój Drogi Mąż, jak to przed końcem roku, pracuje na podwojonych obrotach, bo dni pracujących jakby mało. A że od Nowego Roku w naszej branży znowu zmiany, więc nic nie można zostawić na czas po feriach świątecznych. Zresztą, co to za ferie, gdy choroba w domu.

Szczęście wielkie, że przyjedzie dzisiaj mój Brat z Bratankami, więc wygonię Kuzynów i Niesforki za chwilę z domu, a sama będę się cieszyć ciszą. I nie będę przez chwilę zwracała uwagi na bałagan, założę sobie okulary z filtrem, będę widziała tylko to, co chcę widzieć:) Może Starszych Panów (to znaczy Mojego Drogiego Męża oraz Brata) i Młodszych Panów(czyli Dwóch Bratanków) zostawię ze zgrają Nieopanowanych Niesforków a sama udam się na jakieś tete- a- tete.

Już mi się podobają te plany na dzisiaj. Może jednak nie będzie Wściekłej Mamuśki, a Złagodniała Mamuśka ;)

Miłego weekendu życzę :)


czwartek, 27 grudnia 2012

na przyszłość

Jedną z ulubionych wigilijnych potraw Mojego Drogiego Męża są makówki. Danie śląskie: bułka z makiem, orzechami i rodzynkami. W oryginalnym przepisie z mlekiem, ale z powodu alergii Męża na mleko, przez kilka ostatnich lat, były modyfikowane przez Teściową, aby mojemu ślubnemu smakowały i nie szkodziły. W mojej rodzinie ta potrawa nie była znana (bo rodzina przecież ze Lwowa, a tam przesłodka kutia króluje) i nie cieszyła się dużym zainteresowaniem.

Co tu dużo mówić - nie zdążyłam Teściowej zapytać o przepis, więc wybrałam jeden z zaproponowanych przez wujka Gugla. Ustaliłam z Moim Drogim Mężem, że gdy wyjdą dobre, to je głośno pochwali, a gdy nic nie powie, to znaczy, że nie bardzo wyszły, ale wtedy więcej ich nie będę robiła.
Więc gdy podałam, to skosztował i .... milczał. Oczywiście wyszły mi zupełnie inne niż Mamie i wyglądało na to, że to i tak będą ostatnie makówki przeze mnie przygotowane...

Po dłuższej chwili milczenia, i naprawdę nie wiem, czy na skutek prawdziwego zachwytu nad makówkami, czy na skutek przemyśleń, że to praktyka czyni mistrza, bo gdy nie będę tych makówek robić, to nie nabiorę wprawy, Mój Drogi Mąż pochwalił makówki i nawet jadł dokładki. I jak nigdy, wiele osób skusiło się na makówki mojej produkcji, jakby od razu chcieli porównać ;)  i też nie wiem, czy z grzeczności, czy z nadzieją na przyszłość - chwalili.

Wygląda więc na to, że pomimo tego, że pierwszy raz zrobiłam, to było przepyszne:)
Trzeba wiedzieć, jak się ustawić;)
Więc w przyszłym roku znowu zrobię, troszkę przepis jednak modyfikując.

A przechodzący przez nasz dom Goście, znaczy się Rodzice, Ciocia, Brat i Bratankowie w ostatnich dniach wnieśli wiele siebie, swojego czasu, swojej życzliwości. Czuć było tę troskę o to, aby podczas tego spotkania nie zapomnieć się spotkać, docenić, zauważyć, poznać.
To pierwsze Święta bez Mamy, ale też bardzo ważne Święta w relacjach naszych rodzinnych.

wtorek, 25 grudnia 2012

barszcz

Dzwoni do mnie moja Mama koło południa w wigilię i informuje mnie, że właśnie do nas wyjeżdżają. Będą za jakieś dwie godziny, bo jeszcze przez moje ulubione miasto muszą przejechać, by zabrać Ciocię. Już odkładam prawie słuchawkę, gdy jeszcze słyszę pytanie: czy już nastawiłaś barszcz? A mnie zmroziło, zatkało, ogłuszyło. I nieśmiało pytam, choć przecież cały rok czekam na to danie: jaki barszcz? Mam zakwas!
Więc panika, bo w domu nie mam buraków, a Mój Drogi Mąż właśnie kwiaty kupuje, bo to przecież jeszcze Imieniny Mamy. Sama z domu wyjść nie mogę, bo tu ogólnie panująca choroba Niesforków.
Świetna ze mnie perfekcyjna pani domu! Nie mam barszczu. Właściwie mnie osobiście to nie przeszkadza, bo ja to głównie uszka, a nie barszcz bym jadła, ale jakoś tak głupio.

Na szczęście Mama z burakami dojechała, ale na hasło barszcz wszyscy będą mieć przed oczami Dosię, która przygotowuje wieczerzę wigilijną dla rodziny, na której ma podać barszcz z uszkami, tylko barszczu nie ma.

Boże Narodzenie

"Bo Pan pocieszył swój lud, odkupił  Jeruzalem. Pan obnażył już swe ramię święte na oczach wszystkich narodów; i wszystkie krańce ziemi zobaczą zbawienie naszego Boga." (Iz 52, 9-10)

Życzę Wam, Drodzy, aby spotkanie z Tym, który przychodzi do  nas bezbronny i niczego bardziej nie pragnie jak tego, abyśmy Go po prostu przyjęli, było pełne radości i ufności.

Radosnych Świąt
i dobrych spotkań!

sobota, 22 grudnia 2012

22 XII

Od dzieciństwa drzemie we mnie obawa, że  wśród zawieruchy związanej z przygotowaniami do cudownych Świąt można zapomnieć o urodzinach. Jest ona bezpodstawna, bo choć czas rzeczywiście mało sprzyjający urządzaniu dużych imprez urodzinowych, to jednak zawsze o moich urodzinach pamiętano. I w dzieciństwie i teraz również:)

Od rana słyszę dobre życzenia, czytam sms-y, odbieram telefony, czytam kartki.
Za wszystkie te dobre słowa bardzo dziękuję.

Jak mi jedna koleżanka napisała: "Końca świata nie było, więc jesteś o rok starsza.... Nie przejmuj się bo nie widać po Tobie ;)"

No, więc trzymam się nieźle :P


piątek, 21 grudnia 2012

dla odmiany ;)

Najmłodszy Niesforny Aniołek twierdzi, że jest już bardzo zdrowy. Wie też, że od jutra do 2 stycznia będzie wolne i żadne przedszkole na niego nie czeka, więc samopoczucie jakby zdecydowanie lepsze.  Ma niecałe cztery latka, a już tak kombinuje?
Średni Niesforny Aniołek również w dość dobrej formie, gotowa do wszelkich działań. Może sprzątać, gotować, bawić się. Pod jednym tylko warunkiem - razem ze mną!  Taka malutka manipulacja ;)
Młodsi, ze swoją kondycją, stanowią przeciwieństwo Najstarszego, którego od wczoraj gorączka męczyła, a dziś wieczorem lekarz postawił diagnozę: zapalenie zatok!

Więc jakby to powiedzieć?
Dla odmiany: siedzimy w domu! To znaczy głównie ja. Już prawie miesiąc.
Jako klaustrofobik bardzo doceniam przestrzeń w naszym domu, oczywiście bez konieczności sprzątania, bo gdy następuje ta chwila, to tęsknię za naszym pierwszym mieszkaniem, które miało całe 22 m2. I wszystko się na tym metrażu mieściło!  Szkoda, że tu nie sprząta się samo.

 Z trudem ogarniamy, kiedy zakupy, kiedy praca, kiedy różne inne ważne sprawy - ale ogarniamy! Nawet łańcuch na choinkę zrobiony. 
W końcu idą Święta!

czwartek, 20 grudnia 2012

plany

Plany oczywiście miałam ambitne, w związku ze świętami, ale życie je szybko zweryfikowało.
Z zaplanowanych zajęć, polegających na sprzątaniu, a raczej odgruzowywaniu domu i pieczeniu, już kilka wypadło. I trudno. Przecież ważniejsze, aby pożegnać tych, co za szybko odchodzą.
I Panią Kazię z nami współpracującą, starszą koleżankę, która w zespole folklorystycznym, podobnie jak ja, w czasach swej młodości podrygiwała, ale tanga z rakiem nie wytrzymała. I Tatę naszego Doktora, który nagle we śnie odszedł.

Ale!
Coś jednak się udało. Prawdę mówiąc samej by mi się nie chciało - od czego jednak są Niesforne Aniołki. W nich tyle entuzjazmu, tyle chęci, więc szkoda było zmarnować.






:)

wtorek, 18 grudnia 2012

apel!!!

Wstrząśnięta informacją o białaczce, na którą zachorowała moja znajoma i o tym, że nie mogą dla niej znaleźć dawcy szpiku, pobiegłam dzisiaj, ciągnąc ze sobą Mojego Drogiego Męża, do stacji krwiodawstwa, aby oddać krew.

Nigdy wcześniej tego nie robiłam i dzisiaj zresztą też mi się nie udało. I tylko dlatego, że bardzo jestem zdeterminowana, to przyjdę tam jeszcze raz za dwa tygodnie, gdy minie odpowiednio długi czas po moich ostatnich terapiach antybiotykowych.

Natomiast podziwiam wszystkich bezinteresownych krwiodawców, że chcą oddać krew, i że tam przychodzą, bo personel tejże stacji zrobił na mnie okropne wrażenie. Ilu tam było takich jak ja, którzy rozczarowani postępowaniem i traktowaniem, więcej nie przyszli, bo zostali potraktowani "z buta"? Może lepiej nie wiedzieć :(

A teraz APEL!

Kto może, niech odda krew!
Bo pewna kobieta - żona, mama dwójki dzieci, bardzo serdeczna osoba nagle zachorowała i potrzebny jest przeszczep szpiku! A trudno znaleźć dawcę!

Więc proszę, proszę, proszę :)
I nie zrażajcie się, niezbyt miłymi, postawami ludzi, którzy pracują w takich stacjach.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

tuż, tuż

Możliwość wyjścia z domu spowodowała, że cały weekend cieszyłam się wraz z Moim Drogim Mężem przeróżnymi spotkaniami. Niektóre tylko na chwilę, przelotem, niektóre bardziej zaplanowane, ale wszystkie długo wyczekiwane.
Wysłuchawszy koncertu na pianino i trzy flety aż zapragnęłam dla nas rodzinnego dokształcania muzycznego. I żeby tylko nie na siłę i pod przymusem ;)

Poza tym otrzymaliśmy cudowną wiadomość, że powiększyło się grono kuzynek naszych Niesfornych Aniołków. Radość więc ogromna. Dobrze, że wczoraj się urodziła, a nie tak jak ja - w największym wirze świątecznych przygotowań. Nigdy nie wiadomo wtedy, co przygotowywać: urodziny, czy Wigilię ;)
Utarło się więc, że raczej Wigilię, a prezenty przyjmuję w każdej porze, niezależnie od pory roku ;)

No ale małej kuzynce się udało, będzie miała szanse przygotowywać imprezki urodzinowe, przynajmniej dla dzieci.

A urodziny tuż, tuż ;)

środa, 12 grudnia 2012

zabawa blogowa trwa ;)


I lista pytań:

1. Kawa czy herbata?
 Zdecydowanie kawa, najlepiej w fajnym towarzystwie ;)

2. Kto lub co jest dla Ciebie inspiracją i motywatorem do rannego wstawania?
Raczej odwrotnie, ja zainspirowana i zmotywowana mogę nie iść spać, ale rano wstać?  To są dla mnie tortury i tylko perspektywa konsekwencji, jakie mogą wyniknąć ze zbyt długiej drzemki zmusza mnie do wstania :(

3. Wymarzone miejsce na długi urlop to...
To zależy z kim. Z mężem chciałabym popłynąć w rejs po fiordach  norweskich, a z dziećmi - to chyba nie zalicza się do urlopów :)

4. Swoje decyzje podejmujesz szybko, spontanicznie, czasem bez analizowania, czy może każdy zakup/zmianę wyglądu/auta/itp rozważasz najpierw z każdej strony?
I tak i tak. Często intuicyjnie, ale to, co dotyczy naszych wspólnych decyzji podlega głębokim procesom decyzyjnym ;)

5. Co robisz, gdy potrzebujesz się "oderwać" od codzienności, innymi słowy sposób na "czas tylko dla mnie" :)
Najchętniej czytam, czasami biegam i spotkania "na ploteczkach" z koleżankami - wbrew pozorom czas tylko dla mnie ;)

6. Gdybyś mogła spotkać/poznać/spędzić czas ze znaną osobą- kto by to był, dlaczego i jak byście ten czas spędzili? :)
Niestety nie umiem wytypować i chyba nawet za bardzo nie chcę, proszę wybaczyć. Gdybym miała tego czasu dużo, to chętnie spędziłabym go z wieloma osobami, które znam, a nie są powszechnie znane i z nimi go "zmarnowała" i lepiej poznała ;)

7. Jak radzisz sobie w sytuacjach stresujących, ciężkich- załamujesz ręce i czekasz co się wydarzy, czy może bierzesz wszystko na ramiona i dziarskim krokiem ruszasz dalej?
W pierwszej chwili to bym usiadła i najchętniej zapadła w sen zimowy, ale po chwili ruszam, powoli, niepewnie byle do przodu.

8. Jak widzisz siebie za lat np 20-30-40? (Można wybrać za ile :))
Za 20. Pięćdziesiątka z dużym hakiem. Przejechała kawał świata, otwarta, ciągle z poczuciem humoru i spontaniczna. (taka chciałabym być ;)

9. Wesołe wspomnienie z pierwszej klasy szkoły podstawowej? :) (to chyba przez to, że temat szkoły u nas się przewija teraz bardzo często- z racji naszego kochanego zerówkowicza i zaczynamy wspominać jak było kiedyś :))
Generalnie dobrze wspominam pierwszą klasę. Właściwie to dwie, bo zapisana byłam do jednej, a moja przyjaciółka do drugiej i, według mnie, to sama załatwiłam sobie przeniesienie do innej klasy. Żeby mało tego było wywalczyłam sobie i przyjaciółce w nowej klasie pierwszą ławkę przed biurkiem. Nie chcę wiedzieć, czy była tam jeszcze czyjaś ingerencja. Cieszę się, że byłam taka skuteczna ;)

10. Dom wielopokoleniowy czy może własne gniazdko tylko dla najbliższej rodzinki?
Własne gniazdko, ale otwarte ;)

11.Plany na jutro to ;)
W końcu wyjść z domu, bo mi cierpliwości zabraknie! Mam dosyć chorób!


A do dalszej zabawy zapraszam:

 1. Zwykłą Blondynkę http://wlosykolorublond.blogspot.com/
 2. Ogrzycę http://ogrzycafjona.blogspot.com/
3. Alcydło http://te-momenty.blogspot.com/
4.  Anię mamę T. http://otymsamymwinnymmiejscu.blogspot.com/
5. Szczęściarę http://zapiskiszczesciary.blogspot.com/
6. Emilię http://emq-studio.blogspot.com/
7. Ostrestarcie http://ostre-starcie.blogspot.com/
8. Wojowniczą Xenę http://wojownicza.blogspot.com/
9. Kasjopeę http://kasjopea0.blogspot.com/
10. Mananę http://zyciejakwmadrycie.pinger.pl/
11. Biedronkę ;) http://wroclawskabiedronka.blox.pl/html

:)

A to moje pytania:
1. Czym się zajmujesz?
2. Jaki jest Twój sposób na wyciszenie?
3. Jaki film polecasz dla całej rodziny?
4. Jaką jesteś osobowością ( introwertyk, ekstrawertyk)?
5. Co jest Twoją pasją?
6. Komiczna sytuacja, w której ostatnio uczestniczyłaś?
7. Sport, który uprawiasz?
8. Czy rozbawiłaś już dzisiaj kogoś?
9. Jaki jest Twój pomysł na szybki ... obiad?
10. Twoje wspomnienie z dzieciństwa?
11. Jak się dzisiaj miewasz?

Serdecznie pozdrawiam ;)


wtorek, 11 grudnia 2012

wyróżnienie :)))

Ciekawiły mnie na wielu blogach Wasze wyróżnienia. Od kogo i za co je macie, itd. itp.
Dzisiaj sama otrzymałam nominację do:


od Franka, czyli Karoliny :)
Wyróżnienie z radością przyjmuję, w zabawę się wkręcam, więc chyba mogę o sobie mówić, że jestem Laureatką Liebster Blog'a ;)

Zasady: jeszcze nie doszłam, gdzie jest ich początek, ale wszędzie pisze się o tym mniej więcej tak:

Nominacja do Liebster Blog jest przyznawana przez innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań.

Co do małej liczby obserwatorów to nie mam wątpliwości, ale z tą "dobrze wykonaną robotą" to bym się zastanawiała.

Ale to już nie moja sprawa. Wyróżnienie przyjmuję ;)  Wkrótce na wcale niebanalne pytania odpowiem.
Dzięki, Karola

poniedziałek, 10 grudnia 2012

napad na...

Żeńska część naszej rodziny poddana domowej hospitalizacji, robi co może, aby dać radę i wytrzymać trudny czas.
Panowie natomiast ciągle zajęci. Zajęty bardzo Najstarszy Niesforny Aniołek, który nawet nie zdążył ze szkoły przyjść do domu, bo przecież ma trening, a po treningu nie zdążył również przyjść do domu, bo później ma służbę ministrancką podczas Rorat.
Mój Drogi Mąż natomiast pojawia się w domu po pracy na chwilę, żeby do lekarza z którymś tam Niesforkiem pojechać (mam nadzieję, że z właściwym ;), a potem po Najstarszego do szkoły, żeby zdążył na trening, a potem z Najmłodszym na trening po Najstarszego i na Roraty. A na Roraty jeszcze nie mógł zapomnieć pięknych choinek z kart kolorowych, na których, mam nadzieję, że prawidłowe, odpowiedzi o Św. Dominiku Savio. Również kartę Średniej Niesforki, która z wrodzoną sobie obowiązkowością przygotowała pierwsza, wiedząc, że i tak dzisiaj nigdzie nie pójdzie. Ale czemu by miała rezygnować z losowania i nagrody?

A ja natomiast wycinam im z papieru kolorowe bombki na choinki, każdemu o innej porze obiadek podaję, przelewam, niczym wprawna aptekarka ;) syropki na łyżeczkę, albo do strzykawki, odmierzam kropelki i robię inhalacje, albo tabletki rozdzielam, uważając, co komu i ile. Tu dopiero jest apteka!

I siedzę sobie w ciepłym domku, a w tym samym czasie w kościele, moi Panowie, szykują plan. Plan napadu na kancelarię parafialną. Najstarszy dla niepoznaki wśród ministrantów, Tatuś zajęty Najmłodszym, który po prostu zasnął, ale chyba tylko dla zmyłki.

Po Mszy wszyscy udali się do zakrystii, tam krótka wymiana zdań, nie wnikam już z kim, gdy Najmłoszy znika z pola widzenia. Po chwili znika również Tatuś. A za małą chwilkę ks. Proboszcz nakrywa ich w kancelarii przy szafie, w której trzyma słodycze dla grzecznych dzieci ;)
Tatuś się tłumaczył, że ponoć odnalazł Najmłodszego z czekoladowym Mikołajem i chciał go po prostu odłożyć do szafy, ale kto by tam wierzył ;)

I tu jednego nie rozumiem, bo przyłapani na gorącym uczynku, zamiast poddani być ciężkim karom, a przynajmniej przymusowym robotom, dostają od Proboszcza jeszcze jednego Mikołaja.

Cały nasz Proboszcz. Serce na dłoni. I nie ma siły, muszą mieć u niego niezłe fory ;)



niedziela, 9 grudnia 2012

wredota

W czasie piątkowej wizyty kontrolnej lekarz był niezwykle uradowany, że postawił prawidłową diagnozę i ustawił właściwe i skuteczne leczenie, którego końca właściwie jednak nie widać, bo jest wieloetapowe i mające trwać kilka miesięcy. A ja, zamiast się cieszyć ze znaczącej poprawy, w popłoch wpadam, bo zapowiada się łykanie tabletek przez kilka najbliższych miesięcy. Sam antybiotyk to przecież doraźnie działa, a tu trzeba pomóc organizmowi nabrać nowych sił i odporności poprzez szczepienie. Ci, co mnie znają, wiedzą, że tabletki to ja innym chętnie dam, ale sama? Pamiętać żeby je łykać? Ło ludzie, co to mnie spotyka na stare lata!;)

Chociaż nie należę do domatorów, wolę przecież sobie gdzieś pojechać, coś załatwić, najchętniej kogoś odwiedzić, to z ostatniego tygodnia "leniuchowania" w domu zadowolona jestem. Ale odkąd mi już lepiej, to włączają mi się szwendacze i lista spraw do załatwienia poza domem jest już coraz dłuższa. Lecz, ku mojej rozpaczy, zapowiada się kolejny tydzień pod jednym dachem, gdyż od wczoraj do grona tych najchorszych dołączył nasz Średni Niesforny Aniołek :(

Niektórzy zwracają nam uwagę, że chyba coś za dużo chorujemy, ale to chyba nie do końca tak. Choroba, owszem, obecna wciąż w domu, jak osierocona kuzynka, czuje się u nas dobrze i nie chce nas opuścić, a my, ludzie dobrego serca, nie umiemy jej się pozbyć. Ale przecież tylko podszywa się za krewną i należy użyć wszelkich sposobów eksmisji.

Więc do dzieła, a Wam dam dobrą radę: jeśli przyjdzie taka i będzie prosiła, biadoliła, płakała i na litość brała - nie wierzcie jej, tylko od razu drogę do drzwi wskażcie i się nią w ogóle nie przejmujcie. Udaje tylko, wredota.

czwartek, 6 grudnia 2012

był

W tym roku Mikołaj znowu nas nie zawiódł. Przyszedł z prezentami. Chociaż niektóre z nich wcale nie były odzwierciedleniem tych wymarzonych ;), dokładnie narysowanych. Ale ma to do siebie ten nasz Średni Niesforny Aniołek, że entuzjazm i optymizm po prostu jej nie opuszcza. Ważne, że były kalosze! Różowe. Dziewczęce. Z zamkiem księżniczki, choć bez księżniczki i bez serduszek, ale za to ze stópkami ;)

Och, jak byłoby prościej, gdybym tak szybko potrafiła dostrzegać dobre, albo nawet tylko nowe rzeczy niż te, na które się nastawiłam, wyobraziłam, przyzwyczaiła. Ilu rozczarowań bym uniknęła, ilu trudnym sytuacjom bym zaradziła. To jest sztuka. Wspaniała cecha charakteru. Ciekawe, czy zanika z wiekiem, czy nie? Jak ją pielęgnować, jak nauczyć Niesforkę ją pielęgnować? Jak wydobyć, żeby nie stłamsić i nie dać "zawodowym" pesymistom podeptać?
Ot, mała zagwozdka ;)

***

To że Święty Mikołaj potrafi zaskakiwać, to wiem od dziecka. Ale hitem tegorocznym jest wiadomość, że będziemy mieć wspaniałych, nowych sąsiadów. Pablowie bowiem kupili działkę koło nas i budować się będą. Nie wiem, jak przekonali Świętego Mikołaja. Mają wyjątkowe u niego względy. Będzie do nich od nas rzut beretem. Po przekątnej będziemy sobie w okna patrzeć. I nawet, jak się uprzemy, to możemy sobie liściki na lince, jak Dzieci z Bullerbyn, wysyłać ;)
Wspaniale. Tylko żeby ta budowa im troszkę żwawiej poszła niż nam.


Święty Mikołaj to fajny gość.


środa, 5 grudnia 2012

wolontariusz

Dzisiaj wyjątkowy dzień. Dzień wyjątkowych ludzi. Wolontariuszy.

Wszystkich cenię, niezależnie od pobudek, jakie nimi kierują, za czas i umiejętności, które poświęcają ku dobru.
A szczególnie dziś myślę o tych, którzy pomagają nam, rodzicom ze wspólnoty rodzin, którzy w czasie, gdy rodzice potrzebują poprzebywać chwilę ze sobą nawzajem, to z niezwykłym zaangażowaniem i radością próbują ogarnąć nasze pociechy. A pociech tych, na jednym spotkaniu, może być naprawdę dużo.

Zatem: Niech żyją Wolontariusze!!!


Mój Drogi Mąż również dzisiaj jest wolontariuszem. Wolontariuszem Św. Mikołaja. Pomaga mu namierzyć wymarzone, dziewczęce ;), różowe kalosze!!! z serduszkami u góry i z księżniczkami na dole :)  dla Średniej Niesforki. I pewnie też, przy okazji oczywiście, wyręczy go w poszukiwaniach "małych", przecież, upominków dla pozostałych Niesforków.

Oby tylko zdążył.

To jest kalosz, z doklejoną księżniczką na dole i z serduszkiem u góry ;) - żeby łatwiej Mikołajowi było szukać ;)


wtorek, 4 grudnia 2012

GMO

Już nigdy nie będę bagatelizowała u nikogo żadnej anginy.

Sama ostatnio zapadłam na taką w dzieciństwie i naprawdę nie pamiętałam, jak to jest, gdy gardło zmienia się w hodowlę, wysoce wyspecjalizowaną, niczym GMO, bakterii, które przeżerają wszystko co się tam znajduje. I żeby im to jeszcze wystarczyło, to człowiek spokojniejszy by był, ale nie, gardło to za mało, trzeba im było zająć też ucho. Mam nadzieję, że przez to będę jednak lepiej słyszała ;)

W czasie wolnym od spania czytam więc sobie jakie to remonty dzieją się to tu, to tam. I zastanawiam się, jak się to dzieje, że podczas kiedy mnie właściwie nie ma, bo śpię, bałagan zasiedla nasz dom coraz to bardziej bezczelnie, nawet jeszcze z większym tupetem niż te bakterie w moim gardle. Czyżby on też był genetycznie modyfikowany?


Ale nie mam na to siły. Z byle wysiłku dostaję zadyszki. Niech sobie poleży. W końcu jestem na przymusowych wczasach ;)

poniedziałek, 3 grudnia 2012

spełnienie marzeń

Przez weekend następowało wielkie ładowanie akumulatorów. Co oznacza, że przez dwa dni stacjonowałam we Wrocławiu i nadrabiałam zaległości, również towarzyskie. Z przeświadczeniem, że wystarczy na kilka dni wróciliśmy w nocy do domu, ale akumulator (nadaje się już do wymiany) wysiadł o godz. 7 rano wraz z bolącym gardłem i łamaniem w kościach, i trudno to nazwać łamaniem mięśni, ale wrażenie właśnie takie.

Temperatura 38 0C, która według mężczyzn ;)  byłaby niemal niemożliwą do przeżycia, uprzejmie mnie informuje, żebym jednak podjęła próbę skontaktowania się z lekarzem. A ten, pomimo że doświadczenie ma duże, ręce załamuje, bo przecież tydzień temu skończyłam jedną terapię antybiotykową. Cieszą się natomiast znajome aptekarki ;), gdyż obrót w dniu dzisiejszym zwiększam i zapatrzona w siatę leków wracam do domu z zaleceniem lekarskim - leżeć, dużo odpoczywać, nie przemęczać się ;)

Chyba właśnie tego chciałam :), nieprawdaż? Są nawet na to dowody kilka wpisów poniżej.

Tylko że to miały być wczasy, a nie choroba.

piątek, 30 listopada 2012

najlepszego

Andrzeju, Andrzeju,
oj dziewcząt dobrodzieju,
oj dziewcząt dobrodzieju,
wolę swoją okaż -
najmilszego pokaż,
wolę soją okaż - 
najmilszego pokaż ;)

I wcale to nie jest sprośna piosenka, a jedynie na ludową nutę. Oczywiście chodzi o przyszłego męża. A piosenka, nauczona 24 lata temu na lekcji muzyki, przypomina mi się każdego roku w andrzejki właśnie.

Chociaż  wcale mi te wróżby do niczego nie są potrzebne, bo już swojego najmilszego mam ;), ale wszędzie dzisiaj zabawa i wszystko wokół przyszłych mężów i żon się kręci.

I prawdę mówiąc, nie jestem rada z tego, że w przedszkolu już podczas zajęć urządzają dzieciom wróżby, tym bardziej, że te dzieci to chyba mało są nimi zainteresowane.

Z zabawy andrzejkowej w przedszkolu mało zadowolona jest nasza Średnia Niesforka, chociaż jej but najszybciej "wyszedł" z sali. Ona do mnie mówi, że wcale jeszcze nie chce za mąż wychodzić. Jej jest dobrze z nami, w domu. Że też nie pomyślałam i że jej nie podpowiedziałam, że wcale nie musi w tych zabawach brać udziału. Zestresowało się tylko dziewczę.

Najstarszy Niesforny Aniołek natomiast wykorzystał okazję i robił sobie z tego dowcipy. Na przykład rzucał lotką w serce z imionami dziewczyn specjalnie w takie miejsce, gdzie nie było żadnego. Bo po co mu żona. On teraz to chce w piłkę grać i karty z piłkarzami zbiera.

Ale takie zabawy żeby komuś psikusa zrobić, to i owszem. Bawią się dzieci w szkole tak, że układają z kartki papieru "piekło - niebo". Wybiera się, która część ma być rozłożona, a pod obrazkiem "specjalna wiadomość".


Najstarszy Niesforny Aniołek, wychowywany w rodzinie wielodzietnej ;) wie, co to jest rachunek prawdopodobieństwa i wie, jak zwiększyć szansę, aby ta właściwa wiadomość trafiła do odbiorcy/czytacza/osoby zainteresowanej.
Pod każdym obrazkiem kryje więc tę właściwą wiadomość dla kolegi. Bo kolega to jeszcze nie wie, że...."Dziekuś kocha Ulę". A musiał mu to ktoś przecież uświadomić :)

Ooooo zaczyna być w szkole interesująco ;)

Najmłodszy natomiast jak zwykle pokazał wszystkim, że nikt mu nie będzie mówił, kto ma być jego żoną i kiedy ma się żenić, i powiedział wszystkim, że on wcale NIE MUSI się w to bawić. I już.
Starszą siostrę powinnam chyba wysłać do niego na korepetycje z asertywności.

A tak przy okazji - wszystkiego najlepszego dla wszystkich Andrzejów ;)


środa, 28 listopada 2012

samopomoc sąsiedzka


Ma jeden z naszych sąsiadów szczęście dzisiaj, że byliśmy już w domu, gdy miły pan z firmy, co to na czas i na miejsce, dostarczyć mu chciał przesyłkę z Gdańska i że nie musi za nią przez pół okolicy jeździć i jej szukać, bo jego jeszcze w domu nie było, gdy właśnie było to miejsce, ale zupełnie nie ten czas.
Też miałam kiedyś szczęście, gdy łaskawy ZUS zechciał mi zapłacić za opiekę a pieniądze przyniosła pani listonoszka i aby mnie nie fatygować w niezbyt dogodnych godzinach do urzędu, zostawiła pieniądze u sąsiadki. A ta, gdy ledwie pod domem zaparkowałam, już wybiegła, aby mi je oddać.

Inna znowu sąsiadka wspomogła plastikowym krzesłem ogrodowym, gdyż u nas tylko drewniane, gdy niedawno na próżno (przecież jest już po sezonie) szukałam takiego w różnych sklepach, bo pod prysznic dla Mamy potrzebowaliśmy.

A jeszcze inny sąsiad przyszedł dzisiaj i opowiada, że wstał dzisiaj wcześniej i przez okno wyglądnął, a przy naszym domu i autach stoi wysoki, nieznany pan i się wszystkiemu przygląda, tak jakby był na zwiadach. I ostrzega, że kilka lat temu już tu tacy byli i domek za domkiem splądrowali w ciągu jednej nocy. I jeden z właścicieli to nawet słyszał, jak mu z dołu wszystko wynoszą, ale on się nie ujawniał, żeby mu krzywdy nie zrobili. Wiem, że on już wyostrzył zmysły i stał się bardziej czujny. My też chyba musimy częściej przez okna wyglądać :)

Tak, więc pozostaje nam czekać, przyjdą do nas, czy nie?
                               

poniedziałek, 26 listopada 2012

powrót do rzeczywistości

wcale nie jest prosty.
Przez ostatnie tygodnie byliśmy trochę wyrwani, troszkę zamknięci w domu, trochę skupieni na sobie. Trochę boli, gdy dociera, że już rzeczywiście nie ma z nami Mamy.

Przetrąceni ostatnimi wydarzeniami, na rozgrzewkę, dostajemy małym obuchem w głowę - wezwanie do obowiązkowego stawienia się w pewnym urzędzie właśnie dzisiaj o konkretnej godzinie. Z pokorą przyjmujemy mandacik za niewielkie uchybienia, ale jednak zaistniałe.

Współpracownicy donoszą, że trzymają kurs, ale wołają Kapitanie wróć, bo zaczynamy dryfować.

Niesforki mają swoje potrzeby, a to trening, a to odwiedziny Pablówny - całe szczęście, że wracają do zdrowia.

Poza tym stwierdzam, że mój organizm, wbrew powszechnej opinii, że antybiotyki już nie działają, zareagował na nie i też wracam do zdrowia, i czas wracać też do treningów, tylko dystans trzeba będzie trochę skrócić :( żeby z założenia wrócić do domu.

A tak naprawdę, to wyjechałabym sobie gdzieś.
Na wczasy regeneracyjne. Na wczasy "Żadnych obowiązków". Na wczasy "Masz dużo czasu". Na wczasy "Jest dobrze". Na wczasy "Nic nie musisz". Na wczasy "Odpocznij". Na wczasy "Rób, co chcesz". Na wczasy "Just relax". Na cokolwiek!!!

sobota, 24 listopada 2012

ostatnie pożegnanie



Kochana Mamo,

Dziękuję Ci za dar życia – dzięki Tobie mogę się nim cieszyć.
Dziękuję Ci za trud, jaki włożyłaś w moje wychowanie –  nie było to łatwe.
Dziękuję Ci za Twoją  postawę w czasie socjalizmu, przez którą kształtował się mój światopogląd i patriotyzm.
Dziękuję Ci za Twoją ciężką pracę, dzięki której otrzymałem wykształcenie.
Dziękuję Ci za Twoje realistyczne  myślenie, które czasem studziło marzenia, ale dzięki niemu można było łatwiej  dostrzec zagrożenia.
Dziękuję Ci za ciągłą gotowość pomocy, choć czasem niedocenianą.
Dziękuję Ci za, wynikające z wielkiej troski, zainteresowanie moimi  sprawami, chociaż nieraz  odbierane jako zbyt intensywne.
Dziękuję Ci za zaangażowanie z jakim opiekowałaś się naszymi dziećmi, wiem jak bardzo je kochałaś.
Dziękuję Ci za to, że pozwoliłaś mi być tak blisko w ostatnich dniach Twojego życia.
Dziękuję Ci, że pomimo choroby z szacunkiem i akceptacją  znosiłaś nas i nasze temperamenty.
Dziękuję Ci za pokorę, cierpliwość i odwagę z jakimi pokonywałaś tę chorobę, zwłaszcza w ostatnich dniach, gdy dałaś mi ostatnią lekcję - bardzo trudną – lekcję umierania.
Dziękuję Ci, że w minionym roku tak często korzystałaś z Sakramentów, dzięki którym teraz jestem spokojny o Ciebie.
Dziękuję Ci za wspólną modlitwę w ostatnich godzinach Twojego życia, będę o niej długo pamiętał.
Dziękuję Ci, że zechciałaś mnie wysłuchać i że zdążyłem Ci jeszcze, o tym co dla mnie ważne, powiedzieć.
Dziękuję Bogu za Ciebie i za ostatni czas jaki nam dał. Był on dla mnie wielkim błogosławieństwem.

                                                                                  Twój syn


(Dziękuję Mojemu Drogiemu Mężowi, że pozwolił mi swoje pożegnalne podziękowania tutaj zamieścić)

środa, 21 listopada 2012

z tęsknoty

Oddechu momentami brakuje, bo kaszel taki trochę uciążliwy męczy. Co z tego, że lekarz się przejął moim stanem zdrowia i zalecił leżenie w ciepłym łóżku, z którego chętnie bym nie wychodziła, gdy rzeczywistość ma na ten temat inne zdanie.

Więc żeby nie było, że bagatelizuję zalecenia lekarskie, leżę 15 minut dłużej, bo szykowanie Niesforków do placówek trwa krócej, gdyż Najmłodszy również w trybie jakby domowym, bo troszkę gorączkował w niedzielę.

Nie wiem, czy o wszystkim pamiętam, czy zamówiłam to co trzeba i tyle ile trzeba, czy wszystko będzie dopięte na ostatni guzik.
Ważniejsze, że nasz serdeczny Ks. Proboszcz z parafii, do której ciągle sercem należymy, otoczył nas opieką od chwili, gdy tylko Mama z nami zamieszkała. Że przyszedł do niej z Wiatykiem, że teraz prowadzi nas przez ten czas, że podpowiada. Że przekonał mnie do tego, że nie należy odsuwać dzieci od tego, co się dzieje. Żeby zabrać je ze sobą do kaplicy, gdzie teraz jest trumna z ciałem, żeby im pokazać, wspólnie się pomodlić. I rzeczywiście, moje obawy miały bardzo wielkie oczy, bo dzieci przyjęły to bardzo naturalnie. W końcu były przy Babci do samego końca, widziały jej cierpienie i teraz chcą zobaczyć Babcię, trumnę i miejsce, gdzie będzie grób. I pytają tylko, dlaczego płaczemy? Upewniwszy się, czy oboje z Moim Drogim Mężem powiemy im to samo, że dusza jej pójdzie do Nieba, a ciało zmartwychwstanie, że już jest blisko Jezusa - no to co nas tak smuci? Ot, dziecięca wiara. Jaka prawdziwa.

Więc odnajduję znów w sobie tę dziecięcą wiarę, pełną ufności.

A płaczemy z tęsknoty.

poniedziałek, 19 listopada 2012

i odeszła [']

Nastąpiło to, czego i tak wszyscy się spodziewali, ale i tak jest to niesamowicie trudne.

W sobotę, późnym wieczorem, zmarła Mama Mojego Drogiego Męża, nasza Mama.

Rak żołądka z licznymi przerzutami. Zrujnował ciało, ale nie zrujnował jej, jako osoby. Była realistką - do bólu realistką. Spodziewała się tego wszystkiego, od dawna wiedziała, co ją czeka, ale znosiła to z cierpliwością.
Końcówka była ciężka i męcząca dla niej i dla nas. Ale już widzę, że bardzo potrzebna nam wszystkim.
Będziemy ją żegnać w sobotę.

[']

sobota, 17 listopada 2012

rozmowy nie od rzeczy

Leżę sobie w łóżku rano i daję sobie godzinę na chorowanie, bo głowa mi pęka i krtań niedomaga. Za ścianą bawią się Młodsze Niesforki. Bawią się i prowadzą też poważne rozmowy o małych dzieciach i dzidziusiach, i babciach, i prababciach. I gdy tyko w pobliżu pojawił się Mój Drogi Mąż wciągnęły go też do rozmowy, bo interesował je akurat taki moment w historii, gdy jeszcze żyła ich Prababcia. Więc ustalili, że Najstarszy Niesfork to znał ją jeszcze dość dobrze, a gdy umierała, to wiedziała, że  Średnia Niesforka rośnie pod moim sercem.
Zareagowała na to Średnia Niesforka entuzjastycznie mówiąc: bo ja już byłam w brzuszku u mamusi!
Na co z jeszcze większym entuzjazmem odezwał się Najmłodszy do Mojego Drogiego Męża: a ja byłem wtedy w twoim brzuszku!!!

I wszystko jasne ;)



czwartek, 15 listopada 2012

prezent

Zmęczona jestem okrutnie. I nie tylko ja. Wyczerpany jest również Mój Drogi Mąż. I wyczerpana jest moja Teściowa. Choroba, nie, nie można tego nazwać chorobą! To raczysko jest okropne! I bardzo przez nie cierpi, ale nie chce się tym cierpieniem dzielić. Nie chce sprawiać żadnego kłopotu. Nie chce pokazać nam, ani dzieciom bólu, jakby chciała to wszystko zachować dla siebie, albo właściwie, jakby chciała nas przed nim ochronić. Niezwykłe.



***

Okruszyna wie, jak bardzo lubię kawę ;)
I dzisiaj zrobiła mi taki prezent:

Jestem nim zachwycona. Tym bardziej, że bardzo niespodziewany, a ja uwielbiam niespodzianki. Będzie moim nagłówkiem.



***
Zapomniałam wczoraj napisać - DZIĘKUJĘ, OKRUSZYNO!!!

środa, 14 listopada 2012

pasowanie

W tej grupie jest ich trzech. Trzech uparciuchów, przekornych smyków, którzy na próbach w pierwszym rzędzie wszystko robili perfekcyjnie i z wielkim zaangażowaniem, a gdy przyszło do występów, to usiedli na kolanach mam i już nie chcieli z nich zejść. Nawet na samo pasowanie na przedszkolaka.
Cóż było robić, od razu z pozostałymi mamami postanowiłyśmy utworzyć fanclub Trzech Smyków - chłopców jednego imienia.

Ale swoją drogą zastanawia mnie to, z czego takie zachowanie wynika?

Z tremy? U Najmłodszego nie wyglądało to na tremę.
Dla sprawdzenia mnie? Czy okażę mu akceptację i dam poczucie bezpieczeństwa, gdy zachowa się jednak niezgodnie z oczekiwaniami?
Ze znanej sobie przekory? Ale podobno wcale taki nie jest, gdy mnie nie ma. Jeśli tak, to chyba nigdy nie będę miała okazji go oglądać w żadnym przedstawieniu ;(
???

Za to po występie recytował i śpiewał wszystko z dużym zaangażowaniem - może to jednak trema.

W każdym razie stwierdzam, że na pewno jeszcze wiele razy mnie zaskoczy.



wtorek, 13 listopada 2012

hug

Zaskoczyła mnie dzisiaj, po raz kolejny, nasza Średnia Niesforka, że przyuważyła mnie, gdy chciałam się zbyt wcześnie wycofać z życia rodzinnego. Bo akurat miałam ochotę zamknąć się w pokoju, bo byłam zmęczona i mi się nie chciało. Cichuteńko podążyła za mną i patrząc mi prosto w oczy powiedziała: Mamo, kocham Cię i chcę Cię przytulić, bo chyba jesteś smutna.

Trochę mi się głupio zrobiło, że dziecko dostrzega moją niemoc, a z drugiej strony zachwyciło, że taka maleńka osóbka tak wspaniale obserwuje i nazywa, co widzi, i jeszcze na dodatek potrafi zadziałać i współodczuwać. Ma dziewczynka niezwykły dar.

Zaskoczeniem chyba dla nikogo nie będzie, że od razu mi się lepiej zrobiło.
Pięknie przytulają te małe rączki.


poniedziałek, 12 listopada 2012

zielone

Nawet chwilę wcześniejsza wizyta u fryzjera i świeży pomarańcz na głowie nie jest w stanie ukryć we mnie "blondynki", którą z naturalnego koloru włosów i tak nie jestem. Być blondynką to przecież coś więcej ;)

Więc zdarzyło mi się w ciągu ostatnich dwóch tygodni to już dwa razy.

Najpierw we Wrocławiu, gdy jechałam z JotAnną z super kawy z pewnej galerii. Jechałyśmy samochodem niewielkim rozmawiając nie wiadomo o czym, gdy nagle słyszę, że moja pasażerka mówi do mnie ze znacznym naciskiem: zielone! W ogóle mi to zielone nie pasowało do kontekstu rozmowy, ale trybiki zaczęły mocniej pracować, szukając skojarzeń do tła naszej rozmowy i czyniąc sobie wyrzuty, że pewnie nieuważnie słuchałam, a jeszcze do tego ktoś zaczął trąbić. Bo kierowcy we Wrocławiu są mało cierpliwi. W sumie to im się nie dziwię, bo w końcu Wrocław to dość duże miasto i statystycznie takich przypadków, jak ja, to może tu jeździć zdecydowanie więcej. Każdy straciłby bowiem cierpliwość jadąc za "blondynką", która zatrzymuje się na zielonych światłach i stoi. Tak, to byłam ja i przepraszam, że stałam się przyczyną tego późniejszego korka, bo spowodowałam zaburzenia płynności ruchu ;)

I wydawałoby się, że już nigdy więcej nie powinnam takiego błędu zrobić. A tu się okazuje, że nie tylko wrocławscy kierowcy zostali wystawieni przeze mnie na próbę, a mało-wioskowi na Opolszczyźnie również. Bo wracając dzisiaj do domu, tak jak wtedy we Wrocławiu, zatrzymałam się na zielonym świetle w małej wiosce, gdzie światła są, ale działają na zasadzie: chcesz przejść - naciśnij przycisk. Kilka lat już tą drogą jeżdżę i jeszcze na niej pieszego nie widziałam, ale dzisiaj to ja, z własnej i nieprzymuszonej woli, a raczej - nie wiem dlaczego, ale się tam zatrzymałam. I przekonałam się, że kierowcy za mną, niezależnie od długości i szerokości geograficznej są tak samo nerwowi i głośno krzyczą klaksonami.

Ale ta kawa w tej galerii we Wrocławiu była naprawdę dobra ;)



niedziela, 11 listopada 2012

trzy na trzy

Spływy czerwoną rurą, kilka długości basenu ;) jakuzzi, masaże wodne... niestety bez brodzika dla młodszych dzieci.

Już dawno obiecałam Niesforkom wspólną wyprawę na basen, choć od początku wiedziałam, że jest to nie lada wyzwanie, ale Niesforne Aniołki potrafią wiercić dziurę w brzuchu.

Na szczęście z odsieczą przyszli Pablowie, którzy pewnie nawet sobie nie zdają sprawy z tego,  że pomogli w dwojaki sposób. Przede wszystkim zadbali o nasz wygląd i zdrowie, pomagając zmniejszyć objętość ciasta ;), a później w wyprawie na basen. Jak się okazuje - trójka naszych Niesfornych Aniołków = trójka opiekunów na basenie. No bo przecież Najstarszy to by popływał już na dużym, a Młodsze, to same nie widziały na początku czego chcą.

A później się okazało, że jak zwykle, każde chce czego innego.
Najstarszy pływać w dużym basenie i zjeżdżać w rurze, Średnia szukać złotej rybki w jakuzzi z bąbelkami - po to w końcu wybrała sobie okularki w nagrodę za zrobione ząbki, a Najmłodszy pływać siedząc na desce i zjeżdżać czerwoną rurą wraz z wujkiem Pablem.

No i najważniejsze pytanie: czy jutro też tu możemy przyjść?
Pewnie! Tylko muszę zorganizować trójkę wolontariuszy do beztroskiej zabawy.

sobota, 10 listopada 2012

stresowy potencjał

Gdy stres dopada Okruszynę, to wtedy piecze. Ciasta piecze i to pyszne.

Natomiast we mnie pieczenie i gotowanie powoduje stres. Szkopuł w tym, że jestem w ciągłym stresie, a gotować i tak muszę.

Skoro tak, to co mi tam - upiec też coś można. Żeby stres nie poszedł na marne. Trzeba wykorzystać sytuację - stresowy potencjał ;) Chociaż ciasto nie wymagało żadnej filozofii, bo to najprostsze ciasto na świecie, ale za to bardzo dobre i ile razy robiłam, tyle razy pyszne było. Wg przepisu Georginy, co go mi na kolanie pisała, w koło-notesiku od Okruszyny z napisem Relaxation, a ten miał służyć do spisywania złotych myśli, których niezwykle mało, aby później na Przystani można było umieścić. Więc największą i najcenniejszą w nim złotą myślą jest ten przepis na złoto-cytrynowe ciasto. Taki notes z ukrytym skarbem;)

A teraz cały dom pachnie świeżym ciastem, tylko że ten stres jakby wcale nie miał zamiaru odpuścić.

czwartek, 8 listopada 2012

czwartek kontaktowy

Spiesznie wyrywam się z domu i pędzę do szkoły na "czwartek kontaktowy".
To zamiast wywiadówki. Nauczyciele są do dyspozycji - kto z rodziców chce, to przychodzi. Spotkania indywidualne. Długo się zastanawiałam, czy się tam wybierać, bo spotkanie z czołową pesymistką w perspektywie jakoś mało zachęcające. No, ale wyszło mi, że lepszy rydz niż nic ;(

Najciekawsze było spotkanie pod klasą, w oczekiwaniu na wejście do klasy. Rodzice - jak dzieci, a na pewno bardziej niż własne dzieci - przeżywają to spotkanie z wychowawczynią i z pozostałymi nauczycielami.

I jakże wielkie mnie spotkało zaskoczenie, gdy pani wychowawczyni zaczyna mówić o Niesforku. Sama potrafię wiele dobrego powiedzieć o synu, ale że ta kobieta, która miesiąc temu nic pozytywnego nie powiedziała o niczym i nikim, a teraz tyle pięknych określeń, zauważonych dobrych cech charakteru, to mnie tym bardzo ujęła i humor bardzo poprawiła.
Widać wtedy miała zły dzień.

Pękając z dumy odbieram po czwartku kontaktowym Najstarszego Niesfornego Aniołka od przyjaciela, bo tam poszedł po szkole, a on chce mi wiele dobrych rzeczy przekazać, wyników ze sprawdzianów, dyktanda. Nie może się doczekać, żeby się pochwalić.
Więc siadamy w bagażniku, w oświetleniu latarni i tak sobie wszystko oglądamy, podziwiamy i rozmawiamy. W takiej pewnej intymności i spokoju. Więc nie tylko ja tego potrzebuję. Muszę się też przyjrzeć pozostałym dzieciakom i znaleźć szczególną chwilę dla każdego z nich.
Nie wspomnę już o Moim Drogim Mężu - niezwykle dzielnym.

środa, 7 listopada 2012

:)

Gdyby ktoś się mnie zapytał ile przeszkód i trudności jestem w stanie wytrzymać, to już dawno bym odpowiedziała, że wystarczy. Już od dawna mam dość.

Żeby było mało, to wczoraj ścigała mnie pewna urzędniczka, która musi, po prostu MUSI, rozpocząć kontrolę już, natychmiast, bez żadnego ale. Jakby miała uszkodzony swój własny aparat słuchowy i potrzebowała wspomagacza. Bo nie docierało do niej, że ja wczoraj w domu, że córka niewyraźna, że wymiotowała, że Najstarszy wcześniej kończy lekcje i jesteśmy umówieni, że go wcześniej ze szkoły odbiorę, że Mój Drogi Mąż nie może, bo z Mamą na radioterapii, że.... "To o której pani będzie, czy też mąż, bo ja zaraz wychodzę na kontrolę?"

Widać tak mają urzędnicy w tych stronach...

Więc Mój Drogi Mąż z Mamą w samochodzie podpisuje miłej pani dokumenty, księgowa przyjeżdża ekspresem, ja kompletuję dokumenty, żeby pani mogła się jak najszybciej wykazać.
I mając to wszystko na głowie, dźwigając ryzyko działalności gospodarczej i spełniwszy obowiązki z niej wynikające, postanowiłam wykorzystać sytuację i wyrwałam się dzisiaj przy okazji do sklepu. I oglądam sobie jakieś tam szmatki w sklepie, koło mnie dziewczyna w moim wieku zagaduje mnie, że niby o te ciuszki, ale mówi, że ona się dzisiaj wyrwała z domu, bo w nim chora teściowa, a ona z trudem to znosi.... Czy ja to już gdzieś słyszałam?

A w domu? Jeszcze dwa dni temu Mama z trudem podnosiła szklankę, a po dwóch zabiegach naświetlających poczuła tak znaczną ulgę, że prawie gimnastykę artystyczną nam tu dzisiaj uprawia.




poniedziałek, 5 listopada 2012

Gość

Podczas gdy Niesforki dają w kość Dziadkom ;), a Mój Drogi Mąż cały czas przy Mamie z troską i czułością trwa, ja zmieniam się w "robotnika" i pracuję na taśmie przy produkcji kolorowych kanapek, aby ci, którzy zdecydowali się na udział w weekendowym programie Ja+Ty=My we Wrocławiu mogli zjeść romantyczną kolację.

Ta praca dała mi chwilę wytchnienia i oderwania od trudnej rzeczywistości, ale wykonywana była przeze mnie w poczuciu, że też jest bardzo potrzebna, no i trwała do późnej nocy :)
Miało to swoje konsekwencje. Wracałam z dzieciakami dopiero rano. Prosto do placówek.
Najstarszy więc wszedł na lekcje niczym student na wykłady - bez tornistra. Jednakże zobowiązałam się go dowieźć jak najprędzej. Początkowo wydawało mu się to nawet fajne, ale już wieczorem zmienił zdanie, gdy sam musiał nadrabiać zaległości, właściwie powstałe bez jego jakiejkolwiek winy.

****

Ze łzami w oczach obserwuję, jak Niesforki robią kanapeczkę dla Babci. Każde chce mieć swój udział w tych przygotowaniach i w podawaniu.
Musiały pójść spać, a Babcia nie zjadła tej kanapki. Może z wrażenia, bo chwilę wcześniej odwiedził ją sam Jezus.

środa, 31 października 2012

sklepowa

Opowiedziała mi wczoraj w sklepie Pani Sklepowa, która zawsze mnie zapyta o samopoczucie i zdrowie dzieciaków, niesamowitą historię. Historię jej rodziców. Opowiedziała o trosce, cierpliwości i łagodności swojej mamy, która od 5 lat troszczy się o swojego męża, który jest niewładny po udarze, a który wcześniej z troską, cierpliwością i łagodnością pomagał jej rehabilitować wnuki.

Tak mnie zagaduje, bo widząc, jak szukam Niesforków między półkami, a one co rusz to przynoszą nowe opakowania łakoci i ze słodkim spojrzeniem pytają: czy mogą, a ja nie umiem odmówić, wspomina czas, kiedy ona za swoją trójką się uganiała, a było to jeszcze trudniejsze, bo dzieci niedosłyszące. I tak patrząc na mnie - chyba niezbyt doprowadzoną do ładu - dopytuje, czy z dzieciakami wszystko w porządku, bo taka coś bardzo zmarnowana jestem i jakby bardzo zmęczona, a przecież nowego podkładu użyłam i tusz gęsto położyłam.

Och, rozczulam się nad sobą, a cierpi przecież naprawdę ktoś inny.
 Trudno mi jednak znaleźć w sobie tę siłę.

niedziela, 28 października 2012

w tyle

Przypomniało mi się, jak Rafał w Wisełce powiedział, że gdy się biega, to wtedy problemy dostają zadyszki i zostają daleko w tyle. Więc nie zważając na otaczającą aurę: wybiegłam. Co tam śnieg, wiatr, temperatura koło zera. Zaczęło się trenować, to trzeba na treningi chodzić. W sklepie dla biegaczy zaopatrzyłam się w kurteczkę do biegania, czapkę i rękawiczki. Gdy kupowałam te cieniutkie rękawiczki, to zastanawiałam się, czy to aby na pewno na taką pogodę. Po kilku metrach już rozumiałam, że cieplejsze wcale nie będą potrzebne. W całym tym ubiorze brakowało mi tylko butów. Nieprzemakalnych. Niestety takich nie ma.

Nie znoszę mieć mokrych nóg, więc początkowo biegłam omijając kałuże z roztopionym śniegiem. I mogłabym tak dalej uprawiać ten slalomowy jogging, ale w pewnym momencie, w lesie, w poprzek drogi leżało zwalone drzewo (to zemsta lasu dla tych, którzy lekceważą znak zakaz wjazdu:) Przeskoczyć górą się go nie dało, więc próbowałam, niczym łania z solidną nadwagą, ominąć je skacząc po łatach śniegu i kępach trawy w lesie. Całkiem nieźle mi to szło, dopóki nie wpadłam prosto w ukrytą kałużę. Nie było więc mokrych nóg, a zlodowaciałe, ale ku mojemu zaskoczeniu, tylko przez chwilę.

Po takim ekstremalnym treningu, rzeczywiście, problemy jakby zostały w tyle, jeszcze nie bardzo daleko, a lekko. Widać muszę trenować dalej wytrwale.

sobota, 27 października 2012

próba

Spotkanie szybkie, prawie robocze. Z ćwiczeniami, aby się doskonalić ku dobru ogólnemu. Do końca też nie było wiadomo ile ludzi i kto będzie, kto się spóźni, a kto będzie musiał wcześniej wyjść.

Doktorowa miała usiąść i oglądać wszystko, jakby to był film, żeby się nie zmęczyć, nie sforsować. Ale nie dała rady. Nie umiała być gospodynią z boku - zadbała o każdego i każdą, i każde (dziecko chcące w danym momencie czegoś niezbędnego i to natychmiast). Nie skorzystała z przywileju bycia ciężarówką, biegała tak, jakby była wyścigówką.

Kiedy w końcu dotarł, jako jeden z ostatnich, sam gospodarz i usiadł przy stole obok swojej szybkiej żony, gdy ta - delikatnie to ujmując - napominała dorastającą córcię, popatrzywszy na swoje kochane kobiety, nabierał już głęboki oddech, zapewne aby pierś wypiąć z dumy i podziwu dla żony, usłyszał tylko zapobiegawcze: i proszę Cię - nic nie mów!
Rzeczywiście nic nie powiedział, nie miał szans, bo wybuch śmiechu wszystkich zagłuszyłby go, a po co się przebijać z mowami, gdy śmiech nie może ustać :)


***
I ja gdzieś tam też byłam, ale właściwie to ja przyglądałam się wszystkiemu, jakbym była w kinie. Moje myśli zajęte zupełnie czym innym.
Przede wszystkim jak wydobyć z siebie siłę, energię i chęć, aby pomóc Mojemu Drogiemu Mężowi i jego Mamie w tej okropnej chorobie. Siły ją opuszczają, wczoraj usłyszała od doktora, że dla niej leczenie, trwające od roku, właśnie się skończyło. Efekty bowiem niewielkie, innych możliwości nie ma. Przestaje być samodzielna, a jest samotna. A dzieje się to wszystko w tempie błyskawicznym, bo jeszcze w zeszłą sobotę przyjechała do nas samochodem sama. Od kilku dni jest bez sił. Nie wiadomo, czy z powodu infekcji, która podobno się gdzieś tli, czy ten wstrętny rak z przerzutami tak ją w tej chwili wykańcza, czy też straciła jakąkolwiek motywację i się poddała.

O tyle jest to trudne dla mnie, że nigdy nie miałyśmy dobrych relacji. Nasze systemy wartości były inne, i moje, i nasze małżeńsko-rodzinne - nieustannie krytykowane. A teraz wystawione są na próbę.
Zapadłabym w sen zimowy.

piątek, 26 października 2012

ryba

Dzisiaj dzień ryby, pod różnymi postaciami: wędzonej, w occie, śmietanie, z jabłkami, warzywami, smażonej w panierce i saute. Niektóre z tych potraw to nawet w ilości prawie hurtowej, bo chętnych do spożycia będzie więcej.
Bardzo lubię ryby i takie spotkania, gdzie ludzi przychodzi dużo, można by rzec, że bardzo dużo i nawet nie wiadomo kiedy stół się sam zastawia. Pysznościami.
 
I tylko taki mały dyskomfort, czy przy postnym piątku można się zajadać takimi rybnymi pysznościami? :-)

środa, 24 października 2012

herbata

Cicha walka o słuszną sprawę jest warta wysiłku.

Nawet największych przeciwników można przekonać do zmiany poglądów. Jest na to dowód namacalny, naoczny, rzeczywisty i realny.

Czołowy przeciwnik wiszących firanek, jako największego siedliska kurzu i roztoczy, w naszym domu, nie wiem, czy na skutek mojego marudzenie, czy też na skutek zbyt małej dopuszczalnej odległości budowy domów z oknami od granicy działki, sam wybrał i zawiesił firaneczki w oknach w kuchni.

No i stworzył się miły klimat. Kuchnia rozjaśniała i jest w niej bardziej przytulnie, tak swojsko. Chociaż przyzwyczaiłam się już do okien w wersji sauté, nie tylko w tym domu, a właściwie w każdym miejscu, w którym mieszkaliśmy, jeśli to było tylko możliwe (a już sześć razy zmienialiśmy mieszkania :) i uznałam, że pewnie tak już musi być, i mam dla wszystkich ciekawskich "dlaczego nie mamy firanek?" niezawodną odpowiedz: "bo nie", to dzisiejsza zmiana wystroju zasługuje na wiekopomny wpis

Co też właśnie poczyniłam. 

I idę do kuchni.... 
razem z Moim Drogim Mężem...
napić się..... 
herbaty;) ..... 
z prądem:).....
jest w końcu konkretna okazja;) 


  

poniedziałek, 22 października 2012

zapomniał wół

Nie jest łatwo zagonić tego, co to mówi do Mojego Drogiego Męża "Tato, ja kocham sport!", do czytania. Zwłaszcza lektur szkolnych.  Właściwie to pierwszej w tym roku szkolnym. Przede wszystkim nie zdążył jej wypożyczyć z biblioteki, gdyż za bardzo mu się nie spieszyło. Przecież nie będzie się pchał po książkę. Klasa bowiem jest zbyt liczna i nie dla wszystkich dzieci wystarczyło, a te, dla których wystarczyło, też nie mają zamiłowania do szybkiego czytania i wypożyczonej lektury, o doktorze, co kochał wszystkie zwierzęta - nie oddają.

Z pomocą przyszła kobieta o najpiękniejszym głosie, jaki kiedykolwiek słyszałam - nasza organistka. Lekturę, Najstarszemu Niesfornemu Aniołkowi, wypożyczyła ze swojej własnej biblioteki domowej. Niestety, sama obecność książki w domu, nic nie zmieniła. Zaledwie jeden rozdział przeczytany, a lektura już dzisiaj była omawiana.

Chyba przestało mnie też dziwić, dlaczego wychowawczyni jest taką pesymistką;) też bym się załamała.

Przejął się jednak Najstarszy Niesforny Aniołek i zarwał dzisiejszy wieczór, aby choć trochę przyspieszyć wypełnianie obowiązku.

A piszę to tak jakby: zapominał wół, jak cielęciem był! 

Często przecież też nie czytałam w wyznaczonym terminie lektur, a jedną to mi nawet Dziadek czytał, bo nie dość, że późno się do niej zabrałam, to jeszcze nic z niej nie rozumiałam. To było "Porwanie w Tiuturlistanie". Chyba pierwsza moja książka, która nie traktowała dosłownie, a w przenośni, ale wtedy nic nie umiałam z niej zrozumieć. Mam taki uraz do niej, że choć ciekawość mnie troszkę zżera, to jednak chyba się nie odważę z nią zmierzyć dla własnej przyjemności. Chyba że nadal jest lekturą szkolną i pewnego dnia któryś Niesforek zostawi mi ją przypadkiem pod ręką.



niedziela, 21 października 2012

Kopa Biskupia

albo Biskupská Kupa(889 m npm) - to zależy, czy rozpoczynamy zdobywanie najwyższego szczytu polskiej części Gór Opawskich po polskiej stronie, czy też po stronie czeskiej ;)

Ruch tu dzisiaj był niesamowity. W schronisku w oczekiwaniu na herbatkę prawdziwy korek. Szczęście, że nie chcieliśmy tej herbatki i niczego innego, bo naszym celem był kiełbaski pod schroniskiem.

Jak zwykle, mogliśmy liczyć na naszego głównego specjalistę od rozpalania ognisk - Pabla, co do rozpalenia używa tylko tego, co w lesie znajdzie. Jak się okazało, była też znaczna rzesza innych turystów, którzy liczyli na górze na to rozpalone ognisko i gdyby nie on, to chyba nawet by nie próbowali. Ale "stary Skaut" przecież nie będzie kupował flaczków w schronisku, gdy w plecaku ciążą kiełbaski i słońce jeszcze opala.

Prawdę mówiąc, nie sądziłam, że uda nam się dojść na górę, bo w zeszłym roku, Młodsze Niesforne Aniołki nie były zainteresowane zdobywaniem Kopy, a w tym miały niezłe tempo, zwłaszcza na odcinku, który zrobił się lekko stromy. Ich nie interesują nudne, lekkie podejścia.

Myślę sobie, że w przyszłym roku to będziemy robić bieg na szczyt :)



sobota, 20 października 2012

widoki

Wracając wieczorem do domu, gdy zjeżdżaliśmy z autostrady, uczyliśmy się robić zdjęcia w pamięci, Najstarszy postanowił również zrobić sobie film w pamięci.

Ujęło nas to, co zobaczyliśmy.
Nie wiem, czy to była mgła oderwana od ziemi, czy chmury tak nisko. Wyglądało jak chmury, a pewnie było mgłą ;)
Jako pasażer pojazdu mechanicznego mogłam to tylko uchwycić aparatem w telefonie (tak jakbym była posiadaczką jakiś niesamowitych sprzętów:)












Czasami się zastanawiam, czy gdybym nosiła ze sobą jakiś duży i sensowy aparat fotograficzny, czy nie byłoby to z korzyścią dla moich nerwów. Zajęła bym się fotografowaniem, przystanęła na chwilę, to tu, to tam. Mniej bym sobie zawracała głowę, że coś się może stać, że może komuś za bardzo przeszkadzamy - znaczy się Niesforne Aniołki oczywiście.

Jednakże super aparatu nie mam, czasu też nie mam, ręce czymś ciągle zajęte, za to w zachwyt mnie wprawiają widoki takie jak TU.


piątek, 19 października 2012

czas na naukę


Mało będę oryginalna stwierdzając, że piękną mamy jesień tego roku.
Ale rzeczywiście tak jest i to całe szczęście, bo daje ona dobrą motywację do działania, pomimo różnych stresujących sytuacji i trudnych relacji, o które wiadomo, że trzeba zawalczyć, a jednak przekornie się nie chce, albo się nie może, i nie zawsze wiadomo też jak.

Dobra pogoda przychodzi z pomocą do mnie, bo prze-przyjemnie biegnie mi się  do drzewa i nawet trochę dalej :) Kondycja troszkę lepsza, ale niestety apetyt nadal wilczy.
Pablowa, pouczona przez mądrych od diet, uświadomiła mi właśnie, że przy ruchu, lecz bez diety, to waga ani drgnie, a dieta, bez ruchu, też nic nie da. Obawiam się, że będę musiała poszukać sobie jakiejś stosownej, innej niż dotychczasowej:). Wtedy śniadania takie jak wczoraj to chyba nie będą mile widziane - i to jest okrutne, bo bardzo mi się spodobały :)
Wcale mi to nie odpowiada.

w drodze...do drzewa :)
i z powrotem

czwartek, 18 października 2012

lubię to

Warto było rano wstać, wsiąść w samochód, pomknąć autostradą 100 km, postać w nieprzewidywalnym, bo spowodowanym przez rozlane coś na jezdni, korku na wjeździe do miasta.

Warto było, bo śniadanie u Wedla, chociaż  robocze i bardzo intensywne, było pyszne.
No a najważniejsze było to, że można było spotkać się w gronie pięciu uśmiechniętych, serdecznych i wyjątkowych Kobiet. Właściwie to szkoda, że nie było ich więcej, ale wtedy nie byłoby to spotkanie robocze, a zwykłe pogaduchy. Może innym razem.

A na deser - krótki spacer po Ostrowie Tumskim. Jednym zdaniem: akumulatory podładowane.










Lubię to!

środa, 17 października 2012

bonusowy dzień



Mój Drogi Mąż oszczędza na gitarę dla mnie (mam taką nadzieję ;) i jeździ do pracy rowerem, co któryś tam raz. Dzisiaj też pojechał, ale snuł już plany o powrocie samochodem razem ze mną i ze Średnią Niesforką, która do dentysty wybrała się stroić - tym razem po zieloną plombę.

Jednakże godzina wizyty stomatologicznej, z przyczyn oczywiście niezależnych, znacząco się zmieniła i przesunęła o jakieś trzy godziny, więc - nie ma, że boli - musiał Mój Drogi Mąż wracać do domu na rowerze i to na dodatek w tempie dość żwawym, aby zdążyć po samochód i po Synów do placówek, którzy otrzymali bonusiki - że to Tata ich odbiera i to właśnie tym, a nie innym samochodem.

Dla Mojego Drogiego Męża też bonus - teraz wie, że ma duże możliwości:) Chociaż wygląda troszkę na takiego, co potrzebuje lekkiej regeneracji.

Za to razem ze Średnim Niesfornym Aniołkiem zyskałyśmy bonusowe trzy godzinki dla siebie. Najpierw dla siebie w poczekalni na zabawę, gdyż sama mi wytłumaczyła, że gdy się bawi, to czas szybciej płynie :) Następnie, gdy się okazało, że to jednak będzie tak długo trwało, to wyszłyśmy sobie coś przekąsić. Wybrała pizzę i wróciła umorusana sosem pomidorowym, ale ona przecież bardzo lubi taki kolor, więc nic nie szkodzi :)
No a potem wybierała wymarzoną nagrodę (bonus) - okulary do nurkowania. Sama też z okazji skorzystałam i kupiłam sobie kurteczkę do biegania - bonus dla mnie ;)

Jak to dobrze, że wizyta się opóźniła o trzy godziny - wszyscy dziś obdarowani.