środa, 15 czerwca 2016

kopciuszek

Zamieszkał z nami kopciuszek, a nawet dwa. Właściwie to już drugi raz.
Wprowadzili się podczas naszej nieobecności. Ale gdy zorientowaliśmy się, że są, to bardzo się ucieszyliśmy. Nie sprawiali kłopotów, raczej to my im przeszkadzaliśmy. Po miesiącu wyprowadzili się, a teraz znowu są.

Kopciuszek zwyczajny. Piękny malutki ptaszek, podobny do wróbelka. Z rdzawym, pięknym ogonkiem. (Przepiękne zdjęcie zrobił mu pan Cezary Korkosz - odsyłam do jego galerii zdjęciowej.) Sama poluję na niego z aparatem, jak się okazuje dość kiepskim, bo kopciuszkek zwinny i szybki, że na zdjęciu wychodzi mi tylko rozmazany cień. Jakby chciał powiedzieć "tu byłem".

Mieszkają na poddaszu szopki. I krzyczą fantastycznie!
Miłe takie sąsiedztwo. Ale już wiemy, że niedługo znowu nas opuszczą.

niedziela, 10 kwietnia 2016

od poezji do ...

Średnia Niesforka z wierszykiem o molach przedostała się do dalszego etapu konkursu recytatorskiego. Przekonywująco wytłumaczyła wszystkim, że są mole, co wełnę jedzą, ale też takie, co w książkach siedzą. I o tych właściwie był cały wierszyk.
Podczas drugiego etapu, zestresowana okolicznościami (sceną, dostojnym jury i tłumem na widowni, bo to były wszystkie dzieci z powiatu ze szkół podstawowych i gimnazjalnych), zrobiła wszystko, żeby... nie wygrać ;) I choć wierszyk powiedziała na 30% swoich możliwości, to i tak zwróciła uwagę zarówno jury, jak i nauczycielek. Ale już samą swoją postawą, wychodząc na scenę i stając delikatnie z boku, powiedziała wszystkim, że nie jest blaskiem reflektorów za bardzo zainteresowana. Pewnie pierwsze koty za płoty. Za rok już będzie wiedziała, jak to wygląda i będzie bardziej pewna siebie. Albo nie, kto ją tam wie.

Rzecz się miała już jakiś czas temu, a piszę o tym teraz, bo temat o konkursie i Niesforce wdzięczny, a mole przy okazji tylko narzucają się. Bo oprócz tych moli, co wełnę jedzą i tych, co w książkach siedzą, są jeszcze te mole, które z poetycką pasją na ścianach i szafkach kuchennych rozmazuję. Zalęgły się dziady gdzieś i nie mogę zlokalizować, gdzie. Choć znalazłam niedawno pod szafką nerkowca nadgryzionego i ze śladami bytowymi tychże owadów..... pewnie wiecie o czym mówię i nie muszę dosadnie nazywać końcowych produktów przemiany materii ;)


Pewnie sama je do domu przyniosłam z jakimiś orzechami lub migdałami.
I jednak muszę zrobić generalne porządki, bo w kuchni porządek ... musi być?

poniedziałek, 14 marca 2016

panika

O świcie :), czyli po wyjściu Mojego DrOgiego Męża wraz z Niesforkami do swoich placówek, zostałam zaskoczona. Panika w oczach, w ruchach, trybiki w tempie szaleńczym. A co to? A cóż to? A jak to? A jak to to tak?

Prądu nie ma!!!

Korki wszystkie na miejscu, a prądu niet!

Odzwyczajona już jestem od planowych przerw w dostawie prądu, nieprzystosowana do takiej ewentualności, bez kawy przygotowanej w termosie, z czarnymi myślami, z brakiem sensowych odpowiedzi, co dalej? Gdzie ostatni rachunek? czy aby na pewno opłacony?

Jak to teraz sama czytam, co powyżej napisałam, to wniosek jeden sam mi się nasuwa: wariatka, panikara :)

A jednak.
MDM na szczęście przyjechał do mnie z odsieczą! (Rycerz jak nic!) Kawę ze stacji przywiózł i informację niezwykle ważną, którą ponoć można było na słupie przeczytać, bo od kilku dni wisiała.
Otóż wyłączenie prądu nie nastąpiło z powodu braku dostaw płatności za to źródło energii, a dlatego że panowie z energetyki na słupach w okolicy pracowali. Dniówkę mieli na to przeznaczoną.

Żadna tam rewelacja. W ogóle kilka godzin człowiek bez prądu powinien sobie poradzić? I to w dzień!

Jednakże panika w oczach się pojawiła, bo z Najmłodszym Niesforkiem w domu chorujemy. A tu wszystko na prąd. Więc żadnej ciepłej herbatki, żadnego jajeczka, żadnej zupki, żadnej inhalacji. Stąd ta moja panika. Bo że robota nie zając, najwyżej po godzinach zrobię, to nic.

Gorączka dziecko z nóg zwaliła, a gdy przez chwilę czujny był nad wyraz, ograł mnie chyba ze 100 razy w UNO i czas nam miło zleciał.

I nic nam nie przeszkadzało! :)

To był specjalny czas dla nas!

czwartek, 10 marca 2016

enigma

Zostałam rozszyfrowana ;)

Świat jest mały, internet niezwykle pojemny, a ludzie szukający. To że już kiedyś tam byłam inwigilowana po to, aby znaleźć na mnie haka, dało mi chwilę do zastanowienia. I chociaż nie piszę tu pod imieniem i nazwiskiem, blog ten nie jest anonimowy. Wiele osób wie o nim. Wielu powiedziałam. Pełni swoistą rolę kontaktową. Czasami z niego można się dowiedzieć, co u mnie, co u nas słychać. Chociaż ostatnio i tak niewiele informacji stąd wyciągnąć można.

Rozczarowanie pewnie niektórzy przeżywają, że nie politykuję, nie osądzam, nie krytykuję. Rozczarowanie, że to taki nudny blog.
Cóż...
taka właśnie jestem :)

nudna i małomówna
i rzadko ostatnio u nas coś słychać :)

Ale cenię sobie odwagę tego, kto rozszyfrował mnie na blogu i nie podczytuje z ukrycia, tylko czyta otwarcie  - niewiele takich osób się przyznało, chociaż kilka jest.
Przecież to w pewnym sensie sukces rozszyfrować enigmę :)

Pozdrawiam kryptologów! Można się ujawnić!


środa, 24 lutego 2016

tło

Resztkami sił odnajduję jednak siebie. Choć wcale to nie jest proste i łatwe. Odnajduję swoją tożsamość, która tak naprawdę daje mi siłę do jakiegokolwiek działania.

Ta tożsamość jest niezwykle ważna, bo w przeciwnym razie ma się wrażenie, że jest się tylko tłem. Do rzeczy, do osób, do wydarzeń, do projektów, do inicjatyw, do działalności.  I mimo że można być w wielu rzeczach naraz i przy wielu osobach, i nawet nieźle się wkomponowywać, to jednak bycie tłem, nawet pasującym i dobrze wyglądającym, a tło może być nawet ciekawsze niż ten/ta/to, które się na nim eksponuje, jest fatalne.

Bo uprzedmiotawiające.

wtorek, 16 lutego 2016

czasami leżą - dylematy młodego nastolatka

Najstarszy Niesforny Aniołek wraz ze znalezieniem 100 zł nauczył się kilku rzeczy.

Przede wszystkim wie, że tak znaczna suma, dla kogoś innego niż on sam, może być bardzo istotna. Komuś po prostu może się nie domknąć budżet domowy. Wie, że znalezienie fortuny może sprawić, że wokół niego może pojawić się kilka osób, które będą mu słodzić i zapewniać o sympatii. I, chociaż tego nie doświadczył, to przemyślał sprawę, że w odwrotnym wypadku, czyli gdyby podczas zabawy z innymi zgubił pieniądze, a zwłaszcza wspólne, to wokół miałby samych oskarżycieli.

Dziękuję Wam, drodzy Czytelnicy, za wszelkie sugestie - niektóre niezwykle trafne, choć w tym wypadku niekoniecznie możliwe do zrealizowania. Postąpiliśmy tak:

Z samego rana, Mój DrOgi Mąż poszedł do sekretariatu szkoły i zapytał, czy ktoś zgłaszał zagubienie pieniędzy. Ponieważ nic się takiego nie działo, a świadków owego zdarzenia było, oprócz Niesforka, czterech, więc sprawa mogła się już roznieść, MDM i szeroko pojęty Sekretariat, zadecydowali, że pieniądze uważa się za znalezione. Zaraz potem MDM udał się z Niesforkiem do jego klasy (na szczęście pierwszą lekcję maił z wychowawczynią), tam ujrzał wianuszek "przyjaciół", którzy zapewniali go, że bardzo, ale to bardzo go lubią (fakt, to była grupa, która darzy się sympatią, ale nie aż taką wylewną). Przedstawił wraz z Najstarszym nauczycielce, jak rzecz się miała. Pani jeszcze chciała czekać na kogoś, kto mógł zgubić pieniądze, ale w końcu wspólnie ustalili, że nie. Ponieważ zapoznał się Niesforek z nowym pojęciem: "znaleźne", więc otrzymał 10% znalezionej kwoty, natomiast 90 zł przeznaczył na Fundusz Klasowy. W ten sposób, choć sam dostał mniej, niż gdyby podzielił się z kolegami i koleżankami, to wszyscy z tych obecnych na tym skorzystają, jak i pozostali.

Z tak rozwiązanej sprawy Niesforek był zadowolony. Wie, że pieniądze czasami leżą na ulicy. Wie, że trzeba rozeznać, jak trzeba postąpić. Wie, że w gruncie rzeczy, to duża odpowiedzialność.

Ale przede wszystkim poczuł ulgę, że nie musi już reagować na presję wywartą przez kolegów.

poniedziałek, 15 lutego 2016

więc leżą czy nie leżą?

Mówią, że pieniądze leżą na ulicy, tylko trzeba się po nie schylić.

Dawno nie znalazłam nawet grosza, ale nasz Najstarszy Niesforny Aniołek co chwila. Przeważnie są to właśnie gorsze, choć i 10 zł na basenie w wodzie znalazł.

A dzisiaj, czekając na mnie pod szkołą i bawiąc się z kolegami i koleżankami, znalazł w błocie, pod drzewem, poza terenem szkoły 100 zł. Kwota, trzeba przyznać, znaczna. Koleżanki i koledzy naciskają go, że powinien się z nimi równo podzielić, bo razem się przecież wszyscy bawili. A on czekał na mnie, żebym pomogła mu podjąć decyzję.

Zaczekaliśmy na Mojego DrOgiego Męża i podjęliśmy decyzję w trójkę, ale zanim o niej, ciekawa jestem, co Wy byście zrobili, gdyby Wasze dziecko nieopodal szkoły znalazło 100 zł. Być może powinniśmy ją (tę decyzję) zweryfikować.

Ha!