wtorek, 31 lipca 2012

ość


Stanęła mi dziś w gardle ość, zaraz po tym, gdy spotkało nas (mnie i MDM)  rozczarowanie ze strony pewnej (niestety kolejnej) osoby.

Chciałoby się cytować fragment wiersza z bloga Agnieszki, która zaledwie kilka dni temu odeszła

"Ale, póki co,
to...
Dotyka Nas, brutalna rzeczywistość. 
co stoi Nam, w gardle, jak ta ość" 
 
I przed ogólną załamką powstrzymują mnie jedynie głębsze przemyślenia, którymi sama siebie zaskoczyłam.
Zatem jest dobrze, bo nie dołuję i mam nadzieję, że szybko uda mi się przywrócić swoje pozytywne nastawienie do innych.

Pozdrawiaki :)
 

poniedziałek, 30 lipca 2012

muchy

W ostatnich dniach nic nie mogłam napisać, gdyż bałam się o to, że przegrzeje się mi komputer od samej temperatury powietrza wokoło. Najprzyjemniejszym miejscem spędzenia tego czasu był, ku ogólnej radości naszego narybku, basen i piwnica. Natomiast, ze względu na komfort psychiczny, staramy się utrzymać temperaturę powietrza w domu poniżej 25 stopni (to chyba jakieś zboczenie zawodowe), wieczorami siedzimy więc w ciemności, wietrząc dom na wszelkie możliwe sposoby, a  później musimy wykonywać polowania na muchy, gdyż nie mamy siatek na oknach ;)

Obserwuję, że każdy z nas stosuje inną metodę usuwania, czy też likwidacji much.
Zrezygnowaliśmy z korzystania z lepu na muchy, podwieszonego do lampy na środku pokoju ;) już jakiś czas temu. Właściwie od momentu, gdy złapała się na taki lep nasza cudowna Ciocia Grazia i wkleiła w niego swoje piękne loki. A poza tym - jakoś tak mało ozdobnie wyglądał na środku salonu.

Za to łapiemy muchy. Mój Drogi Mąż łapie muchy w locie, ewentualnie tak je ogłusza przedłużaczem ręki czyli "łapką na muchy", żeby tylko spadły i żeby ich nie rozciapać na ścianie. Na nic jednak jego starania o wygląd ścian, gdyż ja trzaskam jak popadnie, byle szybko. Najstarszy Niesforek biega natomiast z łapką za intruzami, ale po chwili zapomina, po co z tą łapką biega, gdyż w jego wyobraźni zmienia się ona a to w miecz, a to w siatkę na motyle albo w trzepaczkę do dywanów i wznieca nią kurz. Niesforka wchodzi z nimi w pewnego rodzaju symbiozę, gdyż bardzo lubi łaskotki i czeka aż mucha usiądzie jej na rączce albo nóżce, i się z nią zaprzyjaźnia, i cieszy się, gdy ta ją łaskocze ;) Najmłodszy zaś macha rączkami i woła "sio, sio mucho".

Jest taki powiedzenie: każdy sobie radzi jak może.

A skoro to taki muchowy post, to napiszę jeszcze dowcip, który gdzieś tam przeczytałam na zajęciach fakultatywnych z biologii. Zamiast rzetelnego przygotowywania się do matury ;) Chociaż dowcip miał coś wspólnego z biologią, bo dotyczył właśnie much, czyli rodzaju Musca, rodziny muchowatych, rzędu muchówki, podgromady uskrzydlonych, gromady owady, typu stawonogi, królestwa zwierzęt, domeny eukariota ;)

Idzie mama mucha z córką muchą po łysinie Kowalskiego. I mówi ta mama mucha do córki muchy:
- Gdy ja byłam w twoim wieku, to w tym miejscu biegła tylko ścieżka.

Pamiętasz QŃQMie? pękałam wtedy ze śmiechy, trzęsąc się przy tym i wybijając niektórych z naukowej atmosfery :)
A rozbawiła mnie nie ścieżka czy łysina tylko określenie: mama mucha z córką muchą :)

czwartek, 26 lipca 2012

ogniskowy grill

Stęsknieni, spotykamy się z Pablami późnym popołudniem i na tarasiku rozkładamy grilla. Ciągle jednak ta sama paczka brykietu w zasobach domowych pozostała. Z rozpaleniem oczywiście kłopoty. Ale to nie problem dla Pabla - dwumetrowego skauta. Zbiera suche gałązki spod wspólnej z sąsiadami sosenki, jeszcze suche, bo w drodze powrotnej z jednego końca posiadłości na tarasik łapie go grubokroplisty, choć dość krótki, deszcz, który przynosi, ku uciesze Niesforków i Pablówny, symbol starego przymierza - tęczę.

Pablo rozpala w grillu ognisko, ja szukam łopaty, żeby w razie czego piaskiem gasić zbyt duży ogień, aby przez przypadek nie puścić chałupy z dymem. Pod ogniskiem, a nie dzięki toksycznej rozpałce, brykiet się rozpala i długo żarzy, a my na tarasiku powstrzymujemy się przed instynktowymi odruchami i cierpliwie czekamy na kawałeczek marcheweczki, pieczarki, cukinii czy cebulki. I tak sobie do późna, wśród barwnych opowieści, z radością biesiadujemy.






środa, 25 lipca 2012

zawrotna prędkość ;)

Będąc na mini urlopie, w niezwykle zacisznym i klimatycznym miejscu, czuliśmy się troszkę tak, jakby czas się zatrzymał. Myślę, że dla nas, ciągle zabieganych, zestresowanych i wyczerpanych codziennością, to dobrze. Dobrze, że szybko przystosowaliśmy się, dobrze, że na chwilę umieliśmy się odciąć, dobrze, że umieliśmy z tego skorzystać. Wiem, że niestety nie wszystkim się to udaje. A to wielka szkoda.

Ale jak to w życiu bywa: było - minęło. Rzeczywistość czeka!

Więc już dziś pędzimy, z Moim Drogim Mężem, do stolicy. Nie wiem, czy w Polsce jest jeszcze jakiś odcinek, gdzie pociągi jeżdżą z taką zawrotną prędkością ;) Przecież to nawet szybciej niż można na autostradzie! A to przecież zwykły pociąg, który na innych odcinkach ledwo się wlecze.


O jakże by było fajnie, gdybyśmy mieli możliwość tak szybkiego przemieszczania się po kraju, wtedy podróże by tak nie męczyły.
Może kiedyś.

wtorek, 24 lipca 2012

pomarańcz

W lutym miałam pomysł na dokonanie pewnej zdecydowanej zmiany. Chodziło o kolor włosów.
 Nie wiem, czy to wpływ świeżego powietrza, czy innego czynnika bliżej nieokreślonego, ale zdecydowałam się.
Jestem pomarańczowa





to znaczy ruda ;)





czy mi z tym dobrze?
tego jeszcze nie wiem.

Ale pocieszam się jednym stwierdzeniem powtarzanym przez pewną fryzjerkę: włosy nie zęby - odrosną ;) przynajmniej niektórym ;)




poniedziałek, 23 lipca 2012

gotówka

Elwi chciała już rozbijać dzieciom świnkę skarbonkę, żeby uzbierać oczekiwaną kwotę, aby mi ją oddać przed ich wyjazdem do Egiptu za skompletowaną apteczkę i przepraszała, że odlicza w groszach, i że pełna ich garść bo w portfelu bowiem pozostały już tylko karty i dolary.

Wcale nie musi przepraszać - u nas zawsze drobniaki "w cenie", a wczoraj, ostatniego dnia naszych mini wczasów, też byliśmy w podobnej sytuacji.

Jeszcze rano wyjeżdżaliśmy z domu ze skromnym, ale jednak znaczącym, zasobem gotówki, której na przewidziane atrakcje, jak się okazało, było zdecydowanie za mało.
W planach bowiem był wjazd wyciągiem na Szrenicę.
Jednakże aura była tak niesprzyjająca (13 stopni Celsjusza, a na na szczycie tylko 5 stopni i porywisty wiatr), że postanowiliśmy przed wjazdem napić się herbatki i zjeść gofry, a wcześniej oczywiście zapłacić za parking właściwie za cały dzień. Ostatecznie - gotówki na wjazd nam nie starczyło. Kartą zapłacić nie można, a bankomat najbliższy na dole w mieście.

Ponieważ porywczy jesteśmy (oboje) to obraziliśmy się na firmę, która płatności honoruje tylko w gotówce i szybko powzięliśmy decyzję o zmianie trasy. Postanowiliśmy wybrać się do Orlego od strony Czech, a stamtąd to już tylko pięć kilometrów do Chatki Górzystów ;)
Pojechaliśmy więc i jakież było nasze zaskoczenie, gdy dojechaliśmy do Jizerki (tam się kończy droga dla normalnych użytkowników dróg) i trzeba było zapłacić za parking i to w parkomacie!!!
Nie trudno się domyślić, że koron czeskich nie posiadaliśmy. Najstarszy Niesforny Aniołek wprawdzie znalazł kilka przy parkomacie, ale na całodniowy, a nawet pół dniowy bilet nie starczyło. Na szczęście w małej budce (chyba z Kofolą ;) ) była pani, która przyjęła od nas złotówki i jeszcze resztę w koronach wydała i kazała zaparkować za domem.
Hura!!!
Orle tuż przed nami!




Chatka Górzystów pozostała jednak w strefie marzeń, gdyż zbyt późno dotarliśmy do Orlego, a Najmłodszy potrzebował dłuższej regeneracji i złapania temperatury, bo rzeczywiście zimno było.

Ale na przyszłość wiemy, że na nogach spokojnie tam dojdziemy od strony Czech, a od Jakuszyc na rowerach, niestety asfaltową drogą i jeszcze z fotelikami ;)
No i oczywiście z pełnym portfelem gotówki, bo w tych rejonach na nic wszelkie karty.
W drodze powrotnej próbowaliśmy znaleźć jakiś bankomat, ale nam się nie udało :(
Na szczęście nasze gospodynie, nasze wybawicielki, za ostatni posiłek, pozwoliły nam zapłacić przelewem. Uff. W ogóle to fantastyczni ludzie! Może dlatego ich tak polubiłam, bo jedną nogą ciągle związani z - ulubionym przeze mnie - Wrocławiem.


sobota, 21 lipca 2012

to dopiero zaskoczenie

Uwielbiam niespodzianki.
Dzisiaj zastanawiam się jednak, czy jest to zdanie prawdziwe. Wychodzi mi, że byłoby prawdziwe, gdybym je rozbudowała i dodała, że tylko te przyjemne, miłe i życzliwe.

Absolutnie nie lubię takich, jaka dzisiaj nas zaskoczyła.
Średni Niesforny Aniołek zbudziła się i od razu zabrała się do wykonywania zajęć niekoniecznie przewidzianych jako aktywne spędzanie wolnego czasu. Zajęła się bowiem haftowaniem. Skończyła koło południa i spała do późnego popołudnia, a ja wraz z nią (i to był właściwie pozytyw tej sytuacji, bo już dawno nie ucięłam sobie popołudniowej drzemki, nadrobiłam zaległości literackie i rozpoczęłam kolejne). Zbudziła się w doskonałej formie, niezwykle głodna. Mam nadzieję, że incydent mamy już za sobą, tym bardziej, że przemiłe gospodynie zadbały również o odpowiednią dietę.

Męska część rodziny, uzyskawszy ode mnie błogosławieństwo, nie marnowała czasu i wybrała się na górską wycieczkę oraz do Dinoparku w Szklarskiej Porębie.






Wygląda i z opowiadań wynika, że doskonale się bawili.

Także - wyszły nam dzisiaj zajęcie w podgrupach, może nawet troszkę potrzebne. Niesforka bowiem, nieskrępowana męskim towarzystwem, porusza tematy, o których z braćmi pewnie by sobie nie pogadała. Na przykład o wrażliwości, czułości, trosce.

Po raz kolejny mnie zaskoczyła, a to była miła niespodzianka ;)



piątek, 20 lipca 2012

humory

Zaskoczyło nas. Bunt Najstarszego Niesfornego Aniołka. Od rana wszystko na nie.
Masakra.

Nie powiem, żeby to było bez wpływu na resztę rodziny i na mnie także. Niestety. Atmosferka przez cały dzień, delikatnie to ujmując, nieciekawa.

Poza tym, dawne metody dotarcia do Chatki Górzystów po dziesięciu latach już nie działają, więc nie ziściły się również nasze marzenia odwiedzenia tego pięknego i wyjątkowego miejsca, co też wpłynęło pewnie znacząco na nasze nastroje.

Na szczęście, nie zdecydowaliśmy się kisić we własnym sosie, a realizowaliśmy plan awaryjny, może mało ambitny, ale dość ciekawy.
 Dzisiaj Szklarska Poręba i wodospady. Mój ulubiony w tych rejonach: wodospad Szklarki.



A na koniec zrealizowane marzenie Niesforków - mini golf!
Momentami zastanawiałam się wprawdzie, czy to na pewno mini golf, czy raczej mini hokej ;)



Ale zabawa była dobra i poprawiła lekko humory.

czwartek, 19 lipca 2012

gondola

Całą ferajną rzadko chodzimy po górach, tak naprawdę to od wielkiego dzwonu. Ale wszyscy to bardzo lubimy, nawet jak niektórzy jeszcze o tym nie wiedzą, albo nie mają tej świadomości ;)

Wprawdzie ci, co oznaczali trasy na mapie i na drogowskazach nie spotkali się do tej pory z tak szybkimi turystami, jak my i nawet nie mają pojęcia, wręcz do głowy im nie przyszło, że po górach można się tak wlec.

Dość łatwy odcinek, który powyżsi oszacowali, że można go przebyć w ciągu 45 minut, my przemierzyliśmy w ciągu dwóch godzin.

Nie trudno się domyśleć, że musiała nastąpić weryfikacja naszej dzisiejszej trasy.
Wtedy też pochwaliłam pomysł powstania kolejki gondolowej na Stok Izerski. Szybkobiegacze górscy i "prawdziwi" turyści (bo my, w aktualnym stadium rozwojowym naszej rodzinki, korzystając z tego typu środków lokomocji, niewątpliwie profanujemy miano turysty) nie są zachwyceni tą inwestycją, ale ja dzisiaj - bardzo. Kolejka, owszem, bardzo nowoczesna i szybka w krótką chwilkę podwiozła nas malutki kawałek, jakieś 500 metrów w różnicy poziomów do góry, dzięki czemu niezbyt strudzeni wspinaczką, niemalże natychmiast mogliśmy podziwiać piękne widoki.




Później zrobiliśmy sobie kilkukilometrowy spacer w słońcu, deszczu, wietrze, ale do celu naszej wędrówki - Chatki Górzystów - nie dotarliśmy. Całą tą trasę dzieciaki robiły na własnych nogach i nie korzystaliśmy z plecaczków do noszenia dzieci, po to, aby zaliczyć plan. Maluchy były i tak padnięte, a Najstarszy był niepocieszony, bo on rzeczywiście miał nadzieję, na dalszą wędrówkę.
Nic to,  nie poddamy się, jutro mam nadzieję, dotrzemy tam pewnym sposobem, który działał jeszcze 10, czy 9 lat temu, kiedy to bywaliśmy z Moim Drogim Mężem w tych rejonach regularnie na wyprawach rowerowych.

A i pogoda ma być podobno bardziej łaskawa. Mam nadzieję.

środa, 18 lipca 2012

czajka

Zjadłszy obfite i jednocześnie różnorodne (palce lizać) śniadanie, oceniwszy chwiejną pogodę i zakwalifikowawszy ją jako "trudną do przewidzenia" wybraliśmy, na pierwszy dzień rozruchowy, atrakcje, które nie będą ekstremalne, zwłaszcza ze strony zaskakującej aury.

 Jako że można nas spokojnie zakwalifikować do okazjonalnych turystów górskich, wybraliśmy się zwiedzać XIII-sto wieczny zamek Czocha. Dla mnie osobiście bardzo ciekawy, a położony w przepięknej okolicy. Polecam każdemu, kto znajdzie się w tych okolicach. Bardzo malownicza okolica, usytuowanie zamku powodują, że z przyjemnością traci się tam czas, a w razie deszczu można się schować.






Nie będę zachęcać do chowania się w Sali Tortur, która wywarła na nas ogromne wrażenie i konieczność wyjaśniania Najstarszemu Niesfornemu Aniołkowi zawiłości i nazywania okrucieństwa po imieniu. Brrrr....

Jednakże najbardziej podobał nam się wszystkim rejs statkiem po Jeziorze Leśniańskim. Był to przełom dla Naszego Średniego Niesfornego Aniołka, która po rejsie statkiem w jaskini w Czechach miała lekką traumę do tego sposobu przemieszczania się. Pod koniec rejsu nawet się rozluźniła, odważyła się zmienić pozycję i przestała się już kurczowo trzymać. I wyznała, że ten rejs był dzisiaj najfajniejszy. Statek, a raczej większa motorówka, był mało ciekawy, ale za to widoki przecudne.



A wiecie skąd nazwa Czocha?

Jeśli nie, to musicie tam koniecznie pojechać, wtedy się dowiecie ;)

Pozdrowiam wakacyjnie!

historia dwóch flaszek

W ulewie, małym deszczu, w pięknym słońcu  dotarliśmy na miejsce, które znaleźliśmy w zasobach internetowych. Nie znajdzie się go w dziale hotelów pięciogwiazdkowych, a nawet nie w trzygwiazdkowych. Znajdzie je ten, kto szuka wśród urokliwych i klimatycznych miejsc. 



Agroturystyka Dom Pracy Twórczej w Wolimierzu z widokiem na Stóg Izerski.


Miejsce prowadzone przez dwie przesympatyczne i otwarte siostry Edytę i Jagodę z mężem Markiem i Mamę Sióstr, które nieba dla wygody przychylą, a i nakarmią przepysznie.
Mało tego, zaproszą również do wspólnie spędzenia miłego czasu, nie tylko przy Gruszkówce, przez co można poznać też wielu innych ciekawych, wręcz oryginalnych, ludzi. Wanda i Semko z Torunia, co to pół świata zwiedzili i zdradzili, że nawet gdy języków się nie zna, to są dwa słowa, dzięki którym ludzie stają się życzliwi. Te dwa słowa to: Help me!  Wiesia i Marek, miejscowi artyści, którzy przeróżnymi historiami i to nie tylko o dwóch flaszkach, a o ciekawych miejscach i osobach opowiadać by mogli godzinami.
Jesteśmy tu pierwszy raz, a czujemy się tak, jakbyśmy przyjeżdżali tu od lat ;)

Ciekawe.

wtorek, 17 lipca 2012

wyruszamy

Wyruszamy dzisiaj na pierwszą, bardzo krótką, ale jednak, część urlopu.
Jedziemy w góry tak wysokie, żeby każdy miał satysfakcję z tego, ze zdobył jakiś szczyt. To znaczy w Góry Izerskie. Urokliwe miejsce, bardzo spokojne i mało oblegane przez turystów. Przynajmniej tak było jeszcze 9 lat temu ;) Pogoda nam niestraszna, chociaż zapowiadają opady do końca tygodnia. Wzięliśmy kalosze ;)

Po drodze odwiedzimy Dziadków we Wrocławiu, zabierając od nich Najstarszego Niesfornego Aniołka, który to był na wakacjach w dużym mieście, a Młodsze Niesforki choć na chwilę zobaczą się z Dziadkami. Troszkę Najstarszemu zazdrościły tych wakacji.

;)


poniedziałek, 16 lipca 2012

osobowość

Załatwić coś z Najmłodszym Niesfornym Aniołkiem może tylko ten, kto rozszyfruje jego specyficzne poczucie humoru. Żadne tam baloniki, zabaweczki, odwrócenie uwagi, nie nie. Trzeba konkretnie zagadać, szybko zareagować na jego zaczepkę lub ripostę i w ten oto sposób można myśleć o współpracy.

Na przykład dzisiaj: Średni Nieforny Aniołek wybierając się do fotografa zażyczyła sobie najpiękniejszą fryzurę na świecie, żeby dobrze wyglądać. Z fryzurą chyba podołałam a fotograf nie miał z nią najmniejszego problemu.  Gdy Najmłodszy odstawił buntowniczy sprzeciw wobec robienia jakichkolwiek zdjęć, ona od razu zgodziła się pokazać bratu, na czym polega pozowanie do zdjęcia. Niesforko, usiądź tak a tak, popatrz tutaj, uśmiechnij się do mamy. Voilà! W trzy sekundy zdjęcie gotowe.
Została bardzo pochwalona

Natomiast Najmłodszy popis odpowiedni wykonał, aby na krzesełku usiąść (siostra usiadła przecież od razu), zgarbił się (bo widział, jak sistra prościutko siadła), zamknął oczy, gdy pan go poprosił, żeby na niego popatrzeć. Jazda, po prostu jazda.

Na szczęście fotograf nie był z tych, co to kazania rodzicom wygłaszają, że dziecko nie jest przygotowane do tego, aby zdjęcie mu zrobić, tylko zauważył, że Niesforek przyszedł do niego z zielonym Teletubisiem - Dipsym zwanym, a to przecież jego (fotografa znaczy) ulubiony. Na co Najmłodszy rzekł stanowczo, że najpierw Teletubisiowi zdjęcie trzeba zrobić, a ten od razu ciach prach pstryk - zdjęcie Teletubisia gotowe. Spodobało się to Niesfornemu Aniołkowi i postanowił usiąść, wyprostować się, ale na prośbę uśmiechu wypuścił powietrze robiąc przy tym bąkowe bańki. Ale mistrzu zdjęcie pstryknął i Niesforek ma fotę z bardzo ciekawym wyrazem twarzy.

Na szczęście to do dowodu osobistego i oddaje całą jego osobowość ;)

niedziela, 15 lipca 2012

wieczorna sesja

Przeżyty pięknie dzień, z lekkim luzikiem i tęsknotą za Najstarszym Niesfornym Aniołkiem, dobiega końca. W salonie cisza, gdyż płyta się skończyła, a nikomu z obecnych tzn. mnie i Mojemu Drogiemu Mężowi nie chce się ruszyć, aby włączyć chociaż od nowa lub nową wybrać.

Każde pochłonięte  w "istotnych sprawach" w sieci, żeby nie było zaległości. I cisza. Błoga cisza i spokój. Cisza nagle przerwana serdecznym głosem "pozdrowienia z drugiego stolika ;)", gdyż, jak każdy porządny kinestetyk, zajęliśmy wygodne, dla siebie i swoich gadżetów, miejsca.

Fajnie jest razem pomilczeć ;)

sobota, 14 lipca 2012

50%

Wczorajszy dzień się rozszedł między palcami, a dzisiejszy mimo doskonale opracowanego planu (chyba jednak maksimum), niestety też się rozlazł, co spowodowało moją wieczorną frustrację.

Ale że jestem zarówno pesymistką, jak i optymistką w jednym, gdy usłyszałam od pięknej pani w telewizji, co to prognozę pogody przedstawia, że biomet dziś niekorzystny, to od razu humor mi się poprawił i mam już konkretne wytłumaczenia dla mojej dzisiejszej niemocy. Przy takim podejściu to cieszy mnie plan wykonany w 50%.

Skupiliśmy się dzisiaj głównie na przygotowaniach do wakacyjnych wojaży. Kompletowaliśmy brakujące części garderoby - w końcu w niedługo w góry się wybieramy.
Najmłodszy Niesforny Aniołek odwiedził fryzjera, który skrócił mu fryzurę odsłaniając lewe ucho do zdjęcia dowodowego, wszakże postanowiliśmy Niesforkom nowe dowody wyrobić, bo te co mają, to wyrabiane w wieku 4 miesięcy i lekko się dzieci zmieniły, jakby wydoroślały. Ale do fotografa to już nie zdążyliśmy. Po prostu za szybko zamknął zakład ;) Spróbujemy po niedzieli, może zdążymy przed odlotem.

Oby.


piątek, 13 lipca 2012

nauka

Dzień mi się dzisiaj rozszedł. Nie wiadomo kiedy i nie wiadomo na czym. I wcale nie jest mi z tym dobrze. Nawet nie docierało do mnie za bardzo, o czym Młodsze Niesforki tak nawijają. Dobrze, że chociaż ich nastroje, często zmienne, to jednak szybko wracają do poziomu stabilnego, optymistycznego i radosnego.

Dzisiaj idę spać i przyjmuję, jak się okazuje, trudną naukę od Niesforków: gdy cię coś dołuje, zajmij się czymś, co sprawi ci radość.

Największą radość sprawi mi w tej chwili mała drzemka ;) najlepiej do rana.

czwartek, 12 lipca 2012

rezerwacje

Mój Drogi Mąż już jakiś czas temu nadał mi miano Głównego Logistyka. Generalnie fajna sprawa, tylko że mi czasami nie wychodzi.

Pierwsze oznaki niezbyt precyzyjnej roboty ujawniły się w zeszłym roku, kiedy z okazji Dnia Dziecka, chcieliśmy zabrać dzieci do Krakowa, aby pokazać im Smoka Wawelskiego, o którym wcześniej poczytaliśmy książeczkę. Zorganizowałam więc wyprawę. Zarezerwowałam noclegi, bez żadnego problemu, żeby skorzystać też z innych atrakcji byłej stolicy, spakowałam towarzystwo i zadowolona z siebie zakomunikowałam Mężowi, że czas w drogę ruszać. Tak też uczyniliśmy.

Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że ta bezproblemowa rezerwacja była na wcześniejszy dzień (upssss...). Wzięłam to na klatę, chociaż nastój - super wyprawy - troszeczkę opadł.
Ale okazało się, że Smok był na miejscu i nigdzie nie uciekł, i jama okazała się rewelacyjna. A i koniki i lajkoniki wszystkim zakręciły w głowie, i precle były niezwykle pyszne, i ludzi tyle, i .... Po tym jednym dniu i tak mieliśmy dosyć wycieczki, więc nocą wróciliśmy do domu.

A piszę o tym, gdyż właśnie się okazało, że uczyniona przeze mnie rezerwacja pobytu w Górach Izerskich nie doszła do skutku i mając wkrótce wyjechać, nie mamy dokąd wyjechać. Generalnie dlatego, że więcej wolnych miejsc jest dla mniej licznych ;) grup, rodzin itd.

Już się martwię też, co będzie z rezerwacją biletów lotniczych, bo jednak odwiedzimy moją Sisterkę na Wyspie, tyle że jesienią, niewiele sobie robiąc z obowiązku szkolnego ;). Okazało się, że dzisiaj zarezerwowałam bilety na swoje nazwisko, wykupując wcześniej odpowiednią kartę członkowską, dzięki której, mimo że za nią płacę, całą ferajną polecimy taniej. Tyle tylko, że w tej całej zabawie w kupno biletów lotniczych, widnieję, jako pasażer główny, a ja po ponad trzydziestu (z ciążeniem coraz większym do czterdziestu) latach życia, kartę wykupiłam i rezerwację poczyniłam pisząc swoje nazwisko z błędem literowym. Uprzejmy pan -pracownik linii lotniczych, z pozoru tanich (dopóki nie zacznie się dodawać do ceny biletu, opłaty za miejsce siedzące ;) rezerwacji on-line, sposobu płatności, bagażu, a to wszystko niemalże podwaja kwotę biletu), w rozmowie telefonicznej, wycenionej jak za 3 gramy srebra w skupie (max kwota) za minutę, zapewnił, że literówkę poprawił, ale niczego na piśmie nie potwierdził. No i się teraz zastanawiam, czy my na pewno tam polecimy :)
No przecież, że na pewno. Nie ma innej opcji. Stęskniłam się za Sisterką, wredotką, Pelagią nazywaną.

środa, 11 lipca 2012

superbohater

Patrzę na zabawkę i stwierdzam, że naprawdę się już do niczego nie nadaje. To znaczy nadaje, ale do wyrzucenia. Niestety Najmłodszy Niesforny Aniołek nie przyjmuje takiej opcji i stwierdza, że tato na pewno naprawi - on potrafi przecież wszystko naprawić.  Łoj, Mój Drogi Mężu, trudne wyzwanie przed Tobą! Zastanawiam się właśnie, czy stawiać w tej trudnej sytuacji  bez wyjścia tatusia, bo ta rzecz nie nadaje się już do niczego i umieścić ją w koszu ze śmieciami, czy też niechaj sobie radzi z zachowaniem tytułu Superbohatera ;) Jak mu się uda, wtedy dam mu również mój rower do naprawy! Łańcuch między zębatki wkręciłam i ząbki trochę powyginałam - bez rozkręcania się nie naprawi, a może jednak?

A może to będzie super okazja do tego, aby Najmłodszy Niesforek popatrzył na Tatusia jednak jak na kogoś, kto nie zawsze wszystko może, ale zawsze się z kłopotem zmierzy?

Chyba wybiorę tę drugą wersję i poczekam na rozwój wypadków. Niech się dzieje.

wtorek, 10 lipca 2012

odwiedziny

Miłe spotkanie z dwoma Krzysztofami, to znaczy z jednym Krzysztofem a drugim Krzychem, całkiem uduchowionymi, przebiegło w atmosferze wcale nie uduchowionej a grillowej. Ze wszystkimi grillowymi dodatkami, ma się rozumieć.
Początkowo myślałam już, że zamarynowane mięsko będziemy jedli surowe, bo brykiet nie chciał się rozpalić, ale wytrwałość Mojego Drogiego Męża zrobiła swoje. A swoją drogą to chyba łatwiej jest kamienie rozpalić niż to coś do grillowania. Więcej brykietu nie kupię, tylko ten trzeba szybko wypalić, a to znaczy, że w najbliższym czasie obiady będziemy jadali na tarasie.
To takie wygodne ;)
Dla mnie.
Trochę gorzej ma MDM, to on będzie rozpalał ;)

poniedziałek, 9 lipca 2012

bez kawy?

Od samego rana w szpitalu byłam przekonana, że jesteśmy tu po to, aby statystyki poprawiać, a ponieważ mało absorbujemy personel medyczny i głowami do zliczenia jesteśmy, to będziemy tu siedzieć jeszcze bardzo długo.
Na szczęście inicjatywę od rana przejął Najmłodszy Niesforny Aniołek i gdy tylko zobaczył ordynatora w drzwiach sali z dużym przekonaniem powiedział do niego: Musisz mnie szybko wyleczyć, bo chcę iść do domu, bo tu jest nudno! Nie trudno się domyśleć, że doktor, postawiony pod ścianą, wszelkie swoje podstępne zamiary musiał zweryfikować.
Tym sposobem od popołudnia jesteśmy już w domu, w którym to Najmłodszy Niesforek zatonął w pokoju z zabawkami i radością odkrywa dawno niewidziane rupiecie.
Natomiast ja nie wiem, w co ręce włożyć. A że zmęczenie po tych wczasach jest tak duże, że nawet nie znajduję weny do napisania czegokolwiek. Z pomocą przychodzi sms od Georginy, która na wieści ode mnie odpowiada poezją: "Bądźmy jak dzieci, bierzmy życie jak leci".
Zaczęłam więc od porządnej, mocnej kawy, z dolewką oczywiście. W konsekwencji, po 5 dniach detoksu, po dwóch mocnych kawach chodziłam z delirką od przedawkowania. Mój Drogi Mąż uważa, ze to dobry moment aby zerwać z kawowym nałogiem - też ma pomysły
a może jednak?
no ale jak?
bez kawy?
nie, to zdecydowanie zły pomysł :(

niedziela, 8 lipca 2012

wieczna studentka

Ponieważ ciągle stacjonujemy w szpitalu, choć właściwie jest już bardzo dobrze, tylko nie ma lekarza, który podjąłby tą odpowiedzialną decyzję i pozwolił nam pójść do domu i to może właśnie dlatego, trudno mi się było dzisiaj cieszyć. Bo tęsknimy już za domem, za Średnią Niesforką, która przez przypadek wyjechała na wakacje do babci, za Najstarszym Niesfornym Aniołkiem, którego mieliśmy dzisiaj w planie odwiedzić na wakacjach u drugich dziadków, za rozmowami z Moim Drogim Mężem, no i tak w ogóle.

Już myślałam, że będę taka zgnuśniała cały dzień - wierzcie mi, okropna wtedy jestem - wyszłam do kościoła na Mszę Św. na godzinę 20. Na fantastyczny pomysł wpadł proboszcz z naszej, terytorialnie dawnej, a sercem ciągle, parafii i w czasie wakacji jest ostatnia Msza właśnie tak późno. Mam nadzieję, że po wakacjach już tak zostanie.
I poczułam się jak za czasów studiów, gdy się chodziło na dwudziestki do Orzecha. Tylko troszkę krócej było ;) I takie to małe zaskoczenie: tęskniąca mama, jak studentka, na dodatek w środku lata.

Szkoda, że do szpitala muszę wracać, bo po dwudziestkach to niekoniecznie od razu się do domu chodziło.
Ech, starość nie radość.

sobota, 7 lipca 2012

chyba poprawa

Serdecznie dziękuję wszystkim za troskę i pamięć, i chęć niesienia pomocy.
Dżastina, jak naprawdę nie damy rady, to rodzinę wyślę na obiad do Ciebie ;)

Wygląda na to, że zostaniemy do poniedziałku w szpitalu, bo chociaż już dzisiaj stan się lekko poprawił, to nie ma na oddziale lekarza, który mógłby tak odpowiedzialną decyzję podjąć. Jest jedynie taki, co to dyżur pełni, a jego interesują tylko noworodki. Więc za starzy wiekiem jesteśmy, abyśmy znaleźli się w kręgu zainteresowań doktora.

Przez te trzy dni stwierdziłam, że nasz Najmłodszy Niesforny Aniołek jest przecudnym dzieckiem, niezwykle spokojnym i cierpliwym. Tyle czasu spędzić na powierzchni 1m x 1,9 m. I do tego dzieląc je jeszcze ze mną?

To ja jestem klaustrofobikiem i to ja mam z tym chyba większy problem niż on.
Całe szczęście, Mój Drogi Mąż, zmienia mnie na kilka godzin. Wychodzę sobie wtedy do sklepu, gotuję ryż dla syneczka, bo w szpitalu nie dają i przede wszystkim gorący upał spłukuję pod prysznicem w domu.

No ale jest też dobra wiadomość. Dzisiaj było już bardziej spoiście :) nawet się trochę kupy trzymało :)

Zdrówka wszystkim życzę, obyście nie musieli trafić do szpitala.

piątek, 6 lipca 2012

na pewno będzie lepiej

Zanosi się na burzę, więc po całym dniu znoszenia upału w szpitalnej sali, może to będzie jakaś ulga. Tymczasem muszę spieszyć, aby zdążyć przed, bo nie mam  zamiaru, świeżo po kąpieli w domu, zmoknąć. Mój Drogi Mąż właśnie zabawia naszego Najmłodszego Niesfornego Aniołka na szpitalnym łóżku. Jestem z niego dumna. Z Niesforka - jest niesamowicie dzielny i cierpliwy. Znosi te wszystkie dolegliwości jak prawdziwy zuch. Nie skarży się, chociaż popłakuje, jak go akurat brzuch zaboli. Z mojego Drogiego Męża zresztą też. Nieźle się spisuje w roli kaowca ;)
I tak naprawdę, to nie wiemy, kiedy to się skończy. Nie jest gorzej, ale też nie jest lepiej.

Już się natomiast zastanawiamy, dokąd się wybierzemy, jak zdrowie zagości z powrotem w naszym domu. To na pewno będzie już niedługo.

czwartek, 5 lipca 2012

o świtaniu

Tak. Dzisiaj o świtaniu, z ptaszkami świergolącymi za oknem, udało mi się położyć spać.

Pamiętam, jak 14 lat temu, też o świcie, machaliśmy niektórym gościom odjeżdżającym z naszego wesela. Właśnie wczoraj świętowaliśmy z Moim Drogim Mężem naszą 14 rocznicę ślubu. A że rocznica nie okrągła i Najmłodszy Niesforny Aniołek nie jest formie, to świętowaliśmy ją tylko we dwoje. Ale było kino i szampan. W kinie mieliśmy dwa filmy do wyboru: Epokę lodowcową lub Jak urodzić i nie zwariować. Wybraliśmy, zarekomendowaną na ostatnim kręgu biblijnym, przez księdza Krzycha, amerykańską komedię, a ja na niej nawet płakałam ;)
Amerykańska komedia komedią, ale przypomniała nam ona wiele sytuacji, przez które wspólnie przeszliśmy. I są one bezcenne.

A do świtu mi zeszło, bo Najmłodszemu w nocy stan się pogorszył i od rana stacjonuję z nim w szpitalu. Chore, ale mimo wszystko ruchliwe, dziecko, podłączone do kroplówki, w upale, na jednym łóżku z mamusią. Ot, to ci dopiero wakacje ;)
Obyśmy stamtąd jak najszybciej wyszli.

wtorek, 3 lipca 2012

zaskoczenie

Wczesnym rankiem Mój Drogi Maż wyszedł z domu do pracy pozostawiwszy całą, no prawie całą, gdyż Najstarszy Niesforek w mieście na wakacjach, rodzinę w błogim śnie. Lecz sielanka długo nie trwała. Przerwała ją biegunka i gorączka, trawiąca Najmłodszego Niesfornego Aniołka, czyniąc go lekko marudnym i lejącym się przez ręce.
W bardzo grzeczny i miły sposób zawiadomiłam swojego Prezesa, że nici z dzisiejszej pracy w pracy, bez reszty bowiem poświęcę się pracy w domu na rzecz domu, a przede wszystkim zainfekowanego nie-wiadomo-czym Najmłodszego Niesforka.  :) Średni Niesforny Aniołek w zaistniałej sytuacji postanowiła nie marnować czasu i podjęła próbę przyuczenia do zawodu sanitariuszki, następnie kucharki, a na końcu praczki.
Jako że niemoc Niesforka mocno nas zaskoczyła i naszą pustą lodówkę również, a dieta biegunkowa jest raczej mało urozmaicona, wiec nie było dylematu z wyborem repertuaru obiadowego. Radą trzech obecnych osób ustaliliśmy, że będziemy jedli ryż z jabłkami. Ryż na szczęście był, jabłka niestety tylko trzy, z czego jedno niejadalne, no i to tyle. Średnia Niesforka postanowiła trzeć jabłka na tarce. Po zakończonej pracy oddała mi z promiennym uśmiechem dwa obgryzione ogryzki i kilka wiórków jabłka, przyklejonych do tarki i do miski, dodając: uwielbiam jabłka!
No to na obiad pozostał nam więc ryż, mocno rozgotowany, jako że na kleiku mi zależało.
Po prostu niebo w gębie, zwłaszcza dla styranego Mojego Drogiego Męża ;)

niedziela, 1 lipca 2012

rocznica

Wczoraj miałam wrażenie, że dzisiejszy dzień będzie wyjątkowy i rzeczywiście taki był.

Możliwość świętowania 10 rocznicy ślubu Okruszyny i Boskiego Andy'ego wraz z niezliczoną do końca przeze mnie ilością gości była bezcenna i na długo pozostanie w pamięci.

Myślę, że dla wielu, dzień ten, to dzień niespodzianek.
Począwszy od wyjścia do Mszy Świętej  Padre Jay'a, który wszystkim mówił, że będzie z nami w łączności duchowej i już nawet Okruszyna w to uwierzyła i późnym wieczorem w mailu do Padre wyraziła swój żal z powodu jego nieobecności.
A tu proszę. Niespodzianka. Przyjechał specjalnie wcześniej na miejsce rozpoczęcia akcji, parkując, za wskazówką proboszcza, swoje czarne auto w miejscu, gdzie na pewno Okruszyniowcy go nie zobaczą. Schował się nawet za szafą w zachrystii, na wypadek gdyby Boskiemu przyszło do głowy przyjść przed Mszą do niej, a oczywiście przyszło. I wykonawszy wcześniejsze "zapoznanie się" z przemiłym proboszczem, przewodniczył tej Eucharystii.
Wtajemniczył w to tylko jedną osobę i do końca wykonania swojej akcji był przekonany, że jego plan przebiegł bez zakłóceń. Niestety, nie przewidział, że  Okruszyna&Rodzina przyjadą na miejsce akcji również wcześniej i przez przypadek dopatrzą go, gdy w miejscu tajemnym będzie parkował auto....
Więc najbardziej zaskoczeni byli ci, którzy wydzwaniali lub sms-owali do niego, spekulowali, czy dotrze czy nie i ci, którzy trzymali za jego przyjazd kciuki.

No i ja byłam sama zaskoczona, bo nie wierzyłam, że uda mi się tę niespodziankę utrzymać w tajemnicy, bowiem naciski ze strony innych, co ja wiem w tej sprawie, były mocne i działały na emocje. Już chciałam to napisać, żeby się nie wygadać.

No a potem... wiadomo - impreza.
Pod orzechem,śliwką, porzeczkami, czereśnią i kto to wie, co tam jeszcze było. Na pewno było smacznie, miło i przyjemnie. Z kąpielami w basenach i meczem finałowym. Wizytą proboszcza i prezentem.

Jubilaci jadą we dwoje na romantyczny weekend do Karpacza. Opalona zobowiązała się tego dopilnować, bowiem ma układy w hotelu i tamci z hotelu dadzą znać, czy doń dojechali i drzwi od pokoju za sobą zamknęli ;)

Okruszyno i Boski - życzę Wam wszystkiego, co najlepsze, na kolejnych 60 lat ;)