Mimo że wiem, jak teoretycznie zapanować nad emocjami, to w
momencie trudnej sytuacji, zwłaszcza do bliskich mi osób, pozwalam sobie na
wybuchy złości, gniewu, na obrażanie się, ostentacyjne okazywanie swojego
innego zdania. O ile mąż, zwłaszcza po przeżytych warsztatach, robi, co może,
aby natychmiast znaleźć dwa a nawet trzy rozwiązania, aby sytuację sprowadzić
na lepszą trajektorię błyskawicznego lotu, to dzieci w ogóle nie mają pojęcia o co chodzi.
Mało tego, ciężko im zrozumieć, wytłumaczyć sobie, nie potrafią też same sobie
poradzić ze złymi emocjami skierowanymi do mnie. I rozumiem ich, a jednak moja
pozycja często wykorzystywana jest przeze mnie do umocnienia swojej
"władzy". Gdy już emocjonalny huragan przejdzie wtedy widzę ogrom
strat przezeń wyrządzony. Żal mi ich. Potem trzeba długo wszystko naprawiać, o
ile się da, oczywiście. Zdumiona jednakże jestem ogromem serdeczności,
życzliwości i ufności, którą codziennie na nowo mnie obdarzają. Jestem im za to
wdzięczna, bo znowu mam szansę.
Dzisiaj po powrocie ze szkoły, przedszkola, z pracy,
zmęczona i głodna spotykam pod domem opór. Wszyscy chcą się bawić na resztce
śniegu. No, co za pomysł! Przecież trzeba zrobić obiad itd. Już mam ochotę
pogonić towarzystwo używając swojej władzy, gdy myślę sobie - mróz przecież nie
największy, tylko -12, resztka śniegu jest, kilka dni już nie bawiliśmy się na
śniegu, co mi tam. Więc dalej do zabawy! Śnieżek nie można było z tego śniegu
zrobić, ale udawaliśmy, że właśnie pada podrzucając go do góry. Po 10 minutach
wszystkim się znudziło, a zupa potem smakowała wyśmienicie. Warto było stracić
te pare minut;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz